poniedziałek, 14 sierpnia 2017

#1 Polacy jeszcze dawniej w szkole żon [Szybki Szpil]

Szybko, krótko i na temat. Bo zdarza mi się, że o niektórych książkach muszę coś napisać, a niekoniecznie jestem w stanie długo i rozwlekle.


Monika Richardson - Lubię być Polakiem
Wywiady z ludźmi, którzy stali się Polakami z wyboru lub takimi, którzy musieli zdefiniować swoją polskość na obczyźnie. Książka jest kopalnią wartościowych przemyśleń, cytaty z niej można przerabiać na tatuaże lub naklejki motywacyjne na ścianę. Pozwala zastanowić się nie tylko nad nami samymi jako ludźmi ale również nad nami jako Polakami. 

Janina Broniewska - Dawno i jeszcze dawniej
Od połowy nudna i cudownie propagandowa. Czego się spodziewać po książce, która miała udowodnić dzieciom, że po wojnie będzie już tylko lepiej, a Polska to silny, rozwijający się kraj i jest w nim zupełnie normalnie. Hmm, tak jakbym to już ostatnio gdzieś słyszała ...
 
Magdalena Witkiewicz - Szkoła żon
Wypłukuje ostatnie szare komórki z mózgu. Z tej całej erotyczno-seksualnej mieszanki stara się wybić jakieś przesłanie, ale zanim porządnie się pojawia, od razu jest zmywane z pokładu przez kolejną falę michalakowo-grejową. Przeraża mnie, że niektórzy czytają tylko taką literaturę.

czwartek, 10 sierpnia 2017

In postęp we trust, czyli "Stulecie chirurgów" Jürgena Thorwalda

"Złoty wiek chirurgii" - czas kiedy odkryto narkozę, zajęto się antyseptyką, a dzięki temu coraz śmielej grzebano w ludzkich wnętrznościach i wykonywano operacje, które jeszcze kilkanaście lat wcześniej wydawały się niemożliwe do przeprowadzenia.

Książka to zapiski Henry'ego Hartmanna - amerykańskiego chirurga, dziadka Jürgena Thorwalda. Dzięki swojemu ojcu, który chciał, żeby jego syn był wykształconym lekarzem, Henry ukończył medycynę, praktykował a później zajął się podróżowaniem po świecie i dokumentowaniem największych odkryć i postępów jemu współczesnej medycyny.

Szczegółowe opisy odkryć i jak do nich dochodziło spowodowały, że dotarło do mnie jak wielu ludzi musiało umrzeć w męczarniach, jak wiele lekarze z poprzednich wieków ćwiczyli i pracowali, żeby dokonywać odkryć, żeby udoskonalać swój warsztat pracy, żeby ciągle iść do przodu. Oczywiście, było też wielu, bardzo wielu lekarzy, którzy uważali, że pewnych operacji nie należy przeprowadzać, a bardzo chorych ludzi oddać należy w opiekę Bogu. Całe szczęście, że znalazło się parę osób, które postanowiło w tamtym czasie "zabawić się w Boga". Paru ludzi z otwartymi umysłami, lata praktyki, narażanie się na wyśmiewanie na konferencjach i w czasopismach lekarskich. I nagle ich metody zaczęli przejmować i udoskonalać inni, równie postępowi lekarze, którzy też nie mogli już patrzeć na wszechobecną śmierć i zgony pooperacyjne.

Książkę czyta się dosyć mozolnie, jest naszpikowana szczegółami, datami. Nie da się zboczyć myślami na inne tory - chwila nieuwagi i już nie wiemy, gdzie skończyliśmy czytać. Widać, że dziadek Thorwalda wykonał tytaniczną pracę w odszukiwaniu faktów historycznych dotyczących postępowych operacji w "złotym wieku chirurgii". Lektura mocna, wstrząsająca, czasami wyciskająca łzy z oczu (popłakałam się jak bóbr przy jednym z rodziałów). Bardzo polecam, bo warto uświadomić sobie, że to, co dzisiaj jest dla nas czymś niesamowicie oczywistym i powszednim, kiedyś było niesamowitym, przełomowym odkryciem. 

PS Coś do zabłyśnięcia wśród znajomych: nazwa płynu "Listerin" pochodzi od nazwiska brytyjskiego chirurga Josepha Listera - a czym zasłynął to doczytajcie w książce ;)

wtorek, 6 czerwca 2017

"Piąte dziecko" Doris Lessing, czyli przerażająco prawdziwe zakończenie

Moja mama bardzo nalegała, żeby przeczytała tę książkę. Akurat jestem po studiach podyplomowych z oligofrenopedagogiki (albo jak to ładnie jeszcze się nazywa: edukacja i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną), w przyszłym tygodniu egzamin. Jestem też tuż po praktykach w szkole specjalnej, w której mogłam obserwować zachowanie i funkcjonowanie dzieci z różnymi typami niepełnosprawności intelektualnej. Wzięłam się za tą książkę wczoraj, bo krótka (141 stron), akurat na jeden raz.

Przeczytałam ją w ciągu jednego wieczoru, ale miałam momenty, że po prostu musiałam "Piąte dziecko" odłożyć i zająć się czymś innym, żeby na chwilę oderwać umysł od wydarzeń w książce, które były praktycznie kalką z tego, co słyszałam na wykładach. I mając w głowie te wszystkie historie, które słyszałam od wykładowców na studiach, bardzo przeżyłam czytanie tej książki. Autorka wręcz brutalnie prawdziwie namalowała słowem wstrząsający zapis walki rodziny o normalność z tytułowym "piątym dzieckiem" - niepełnosprawnym umysłowo chłopcem. Mając z tyłu głowy wiadomości ze studiów, mogłam czytać niesamowicie prawdziwe etapy, przez które przechodzi rodzina. Książka w sposób bardzo mocny pokazuje, jak może wyglądać życie rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym intelektualnie. Rodziny, która mimo wszelkich trudności będzie chciała wychować swoje dziecko.

Dla ludzi, którzy z dziećmi i osobami niepełnosprawnymi intelektualnie nie mają w ogóle do czynienia, książka może być dziwna, zupełnie niezrozumiała, chaotyczna. Mogą mówić: "To wszystko przez środki na uspokojenie". Dziecko niepełnosprawne może urodzić się każdemu, nawet jeżeli kobieta przed i w trakcie ciąży dbała o siebie i swoje zdrowie. Nie ma reguły. Tak samo jak kobieta z niepełnosprawnością intelektualną może urodzić dziecko w normie - oczywiście w takim przypadku odsetek zdrowych urodzeń jest mniejszy, ale jednak jest to możliwe. Naukowcy nadal starają się znaleźć przyczynę powstawania niepełnosprawności intelektualnych. "Bo kiedyś tego nie było!". Było, ale takie dzieci były po prostu uważane za debili, imbecylów i idiotów (dawniej właśnie taka skala obowiązywała przy określaniu stopnia niepełnosprawności intelektualnej). Kończyły jakąś szkołę, były przepychane z klasy do klasy. Jeżeli były lepiej rozwinięte to załapały jakąś prostą pracę. Inne popadały w konflikty z prawem.

Książka warta przeczytania przez wszystkich. Mocna, dająca do myślenia. Pokazuje pesymistyczny obraz dziecka niepełnosprawnego intelektualnie od momentu urodzenia do dorosłości. Dla ludzi po oligofrenopedagogice obowiązkowa.

środa, 31 maja 2017

Jose Mieszko Antonio Pierwszy, władco Polan - wróć! ... czyli "Żerca" Katarzyny Bereniki Miszczuk

W środę zaczęłam, w piątek już ją oddałam koleżance z pretensjami. "Czemuś mi ją pożyczyła?! Jak ja teraz dotrwam do czwartej części?!". Koleżanka skwitowała to tylko jednym zdaniem: "Sama chciałaś!". Prawda to, sama chciałam, chociaż zostałam teraz z różnymi myślami w głowie, głównie typu "Co ja właśnie przeczytałam?!".

A koleżanka ostrzegała, że trzecia części "Kwiatu Paproci" to brazylijska telenowela w słowiańskim wydaniu. I rzeczywiście, w "Żercy" jest wszystko, czego nie powstydziłyby się wszystkie te brazylijsko-hiszpańsko-wenezuelskie seriale, w których martwi przestają być martwi, żywi przestają być żywi (ale potem jednak żyją), a iskry miłości i namiętności śmigają w powietrzu jak szalone.

Najbardziej chaotyczne nakreślenie fabuły czas zacząć (spoilery dla tych, co nie czytali poprzednich części): Mieszko się wziął i wyjechał, żeby pochować swoją teraz-już-na-pewno martwą żonę. Gosia cały czas mieszka u Baby Jagi, za broń ma sól i sztylet i szkoli się na szeptuchę. Czasami pojawiają się jeszcze jakieś objawy hipochondrii, ale właściwie po tym co przeżyła to bakterie i kleszcze są jej najmniejszym zmartwieniem. Młoda szeptucha myśli o władcy Polan intensywnie z przerwami na jeszcze intensywniejsze myślenie o tym, co ją czeka ze strony bogów. Błąka się po lesie, sprząta leśniczówkę, która po Nocy Kupały nadal wyglądała jak krwawy obraz nędzy i rozpaczy. I stara się żyć normalnie, a raczej w miarę normalnie, z uwagi na ciągle dręczące ją koszmary. W Bielinach pojawia się nowy żerca, który od pierwszych chwil zawiesił oko na naszej bohaterce. And the winner is ... ? Nic z tych rzeczy, bo Mieszko pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie i znowu miesza Gosławie w głowie. Walkę na testosteron między władcą Polan a młodym żercą czas zacząć! Jakby jeszcze tego było mało w tej mieszance wybuchowej - nagle w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć demony, boginki i inne boskie twory. No i jeszcze ten Swarożyc ..

Czego w tym tomie nie ma! Wszystko jest (wybredniejsi powiedzieliby, że za mało wybuchów, pościgów i brak płonącego helikoptera)! Wprawdzie po pierwszych stu stronach wiedziałam kto zabija, ale nie zepsuło mi to przyjemności z dalszego czytania książki. Bo to nie morderstwa są w tej książce najważniejsze. Mamy tutaj mieszaninę uczuć i przeznaczenia, wszystko podszyte świetnym humorem. Wprawdzie te wenezuelsko-brazylijskie zwroty akcji powodują, że czytelnik nagle mocno zastanawia się, co go jeszcze czeka i kiedy pojawi się cioteczna babka ze strony wuja z testamentem, w którym bohaterce zapisano pół majątku i hacjendę na południowym zboczu Kielc (spoiler - nie pojawia się).

Książkę oceniam bardzo pozytywnie. Wciąga, rozśmiesza, czasami zastanawia. Powtórzę się: jeżeli mnie wciągnęła to wciągnie też innych wybrednych, którzy raczej po taką literaturę nie sięgają. Bo gdyby to miał być zwykły romans, komedia romantyczna to pewnie nawet bym na to nie spojrzała. Ale słowiańskość robi swoje, książka owija czytelnika pradawną magią, wierzeniami, a iskry miłości, które przeskakują między bohaterami, stają się po prostu częścią mitologii słowiańskiej.

Tupię nóżką z niecierpliwością i czekam na kolejną część.

piątek, 3 marca 2017

"Tajemnica biblioteki", czyli Lasse i Maja odkrywają tajemnice, a Martin Widmark ma trudną przeszłość

Staram się zawsze pisać bez większych spoilerów. Nigdy nie zdradzam zakończenia książek. Ale dzisiaj, teraz, przy tej książce dla dzieci po prostu nie mogę wytrzymać i zdradzę kto ZABIŁ! (dobra, nie zabił, ale ukradł książkę ... a mógł zabić ... ). Więc ostrzegam - w tym wpisie zdradzam całą intrygę, czyli SPOILER ALERT!

To pierwsza książka z serii "Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai", którą przeczytałam. Jako bibliotekarka musiałam sprawdzić co też w tej bibliotece piszczy. I mam dość mieszane uczucia. Nawet bardzo mieszane. Jakbym była źle przygotowanym martini dla Jamesa Bonda.

Fabuła w skrócie: ktoś kradnie książki z biblioteki publicznej. Nie byle jakie książki, bo "białe kruki". Jest trzech podejrzanych: pastor, przyrodniczka i konserwator. Każdy z nich jest idealnym materiałem na złodzieja. Lasse i Maja zaczynają śledztwo. Okazuje się, że książki kradł pastor, który przechodzi na emerytuję. Kradł książki, żeby ofiarować je Jezusowi na święto Wniebowstąpienia.

Intryga bardzo mi się spodobała, sposób działania młodych detektywów również. Autor w nienachalny sposób przedstawił, jak zróżnicowane jest szwedzkie społeczeństwo. Trudno było zgadnąć, kto był złodziejem, bo każda osoba była bardzo prawdopodobna (posądzałam nawet bibliotekarkę). Tutaj olbrzymi plus dla autora za zagadkę - dla młodych czytelników świetne ćwiczenie umysłu. Ale grande finale - koszmar.

Z pastora zrobiono, delikatnie mówiąc, głupka. Jak już się okazało, że to pastor kradł książki to, pamiętając, że przechodzi on na emeryturę, spodziewałam się raczej, że chciał te książki sprzedać, żeby mieć odłożone pieniądze na swoje dalsze życie. Pewnie gdyby książkę napisał Polak i akcja działaby się w Polsce to takie właśnie byłoby zakończenie tej książki :P
Ale nie! Pastor kradł książki, żeby oddać je przelatującemu Jezuskowi! Serio, czy naprawdę trzeba było wymyślić akcję oddawania książek przelatującemu Jezuskowi? Przelatującemu Jezuskowi!!! Bo jest przecież Wniebowstąpienie. To takie logiczne, że Jezusek nagle przeleci obok wieży kościelnej, złapie książki i pofrunie dalej. Paczkę od piekarza też odbierze, jeżeli ten rzuci ją wystarczająco wysoko. A co tam, niech napełni balon helem i puści do nieba, Jezusek i paczkę przejmie i sobie odpocznie, jak się do balonu doczepi.

Już pal licho, że bibliotekarka została przedstawiona w sposób stereotypowy - okulary, spódnica, pulowerek i bezkształtna masa na głowie. Prawie przestało mnie denerwować takie stereotypowe przedstawianie bibliotekarek, chociaż staram się je tępić i walczę z nim zaciekle w moim otoczeniu. Ale autorowi jakiś pastor musiał kiedyś zrobić straszną krzywdę, że przedstawia duchownych w swoich książkach w taki sposób. Kilka z tej serii już przeczytałam i w każdej książce, w której pojawia się postać pastora, jest on przedstawiany jak człowiek niespełna rozumu. 

I może nie powinnam się tłumaczyć, ale powiem: nie oburzam się na to przedstawienie pastora dlatego, że przejmuję się jakoś specjalnie wątkami chrześcijańsko-katolicko-religijnymi. Mocno mnie takie wątki nie obchodzą. Oburzam się, bo ten cały wątek z pastorem, który wyrzuca książki za okno przedstawia pewną grupę w okropnie negatywnym, mało inteligentnym świetle. A pamiętajmy, że jest to książka dla dzieci. Gdyby przyrodniczka zakopywała te książki w ziemi, bo wierzyłaby, że to spowoduje wzrost roślinności, albo konserwator wmurowywał książki w ścianę, bo to wzmocni mury, to też bym się oburzała. Przedstawianie jakieś grupy w negatywnym świetle jest nieodpowiednie. A cały proces Wniebowstąpienia Pana Jezusa można wytłumaczyć w inny, mniej rażący swoją głupota sposób.

Trzeba bardzo, bardzo ostrożnie pisać książki dla dzieci. Bardzo. Tak samo jak trzeba pomyśleć kilka razy, zanim powie się coś przy dzieciach. Bo dzieci są ja gąbka. Nasiąkają tym co przeczytają i przejmują opinie dorosłych. W dzisiejszych czasach to nie jest tak, że dzieci są złe, niedobre i w ogóle olaboga. Dzieci najczęściej przejmują zdanie i postawy rodziców. Powielają to, co usłyszą w domu. A potem w szkole i na ulicach słyszymy to co słyszymy. I narzekamy na dzisiejszą młodzież, która nagle w magiczny sposób "sama" wyrosła na takich roszczeniowych.

piątek, 24 lutego 2017

"Noc Kupały" Katarzyny Bereniki Miszczuk, czyli co ma być to będzie

Się zaklepało w bibliotece, wypożyczyło, przeczytało, oddało. Kiedy odbierałam książkę w poniedziałek, zupełnie nie spodziewałam się, że w piątek już oddam ją z powrotem. Co więcej, w czasie czytania przejdę od smutku do radości, kiedy zauważyłam na książce informację o powstającej trzeciej części "Kwiatu paproci". Nie spodziewałam się po sobie takiego zaangażowania w lekturę, do której miałam ogromny dystans.

W tej części praktycznie od początku lokomotywa zdarzeń rusza z impetem. Gosia, która musiała przyjąć do wiadomości, że ludzie, którzy ją otaczają, niekoniecznie są tymi, za których ich uważa (czasami w ogóle nie są ludźmi), przygotowuje się powoli do Nocy Kupały. Nie przewiduje dla siebie specjalnie świetlanej przyszłości, w końcu i tak pewnie czeka ją śmierć, więc po co planować dalsze życie. Mieszko jak to Mieszko nadal jest piękny, a jego mięśnie ... wiadomo. I wszystko przebiegałoby całkiem gładko gdyby nie to, że między młodą szeptuchę a władcę Polan wpada Ote, podobno martwa żona Mieszka. Znaczy się, martwa, ale nie przeszkadza jej to kręcić się po świecie i naprzykrzać się komu popadnie. Oprócz tego bogowie biegają po Ziemi jak jeszcze nigdy dotąd i każdy czyha na moment, kiedy Gosia zerwie kwiat paproci. I to czyhają całkiem sprawnie, więc Gosia cały czas musi być czujna, nigdy nie wiadomo kiedy ktoś spróbuje przeciągnąć ją na swoją stronę. Aż wreszcie nadchodzi Noc Kupały i Gosława Brzózka chcąc nie chcąc musi podjąć jakąś decyzję.

Wciągnęło mnie. Przepadłam. Książka trzyma w napięciu i nie brakuje w niej humoru, co tworzy świetną mieszankę. Oprócz tego mitologia słowiańska robi swoje i człowiek zdaje sobie nagle sprawę, jak dobrze zna mitologię nordycką, grecką, rzymską, a jak niewiele wie o swoich korzeniach. Moim jedynym wspomnieniem o mitologii słowiańskiej ze szkoły jest to, kiedy Mieszko I przyjął chrzest i zaczęto niszczyć posągi starych bogów - do dzisiaj pamiętam ilustrację z podręcznika do historii czy języka polskiego, jak linami obalano posąg Światowida. I tyle. Za to bogów greckich mogę wymieniać obudzona w środku nocy z pamięci od tyłu.

Oczywiście mogłabym się przyczepić do paru rzeczy, ale całość książki wychodzi na taki plus, że nie ma to sensu (natomiast przy poprzedniej części miało, oj miało).

Po lekturze "Nocy Kupały" Google na moim laptopie płonęło świętym ogniem, kiedy wyszukiwałam informacji o słowiańskich bogach i koligacjach rodzinnych wśród nich. Co więcej, po przeszukaniu własnego księgozbioru okazało się, że mam nawet w swoich zbiorach "Mitologię Słowian" Aleksandra Gieysztora. Poznawanie praprzeszłości czas zacząć.

Książkę czyta się niesłychanie szybko, jest lekka, łatwa, przyjemna. Do relaksu, oderwania się od rzeczywistości idealna. Gorzej, jeżeli gonią was terminy. Wtedy proponuję nawet nie zaczynać czytania, bo jak już raz wessie to ciężko przetłumaczyć sobie, że są przecież pilniejsze rzeczy niż czytanie książek. Mózg mówi "Czytaj!", Serce mówi "Czytaj!" - kimże jesteśmy, by z tym walczyć?

czwartek, 26 stycznia 2017

Mieszko, Mieszko, przystojny koleżko, czyli "Szeptucha" Katarzyny Bereniki Miszczuk

To druga książka Katarzyny Bereniki Miszczuk, którą przeczytałam (wcześniej miałam wątpliwą przyjemność zapoznać się z "Ja, potępiona". Tutaj można przeczytać, co autor miał na myśli: klik!). Podeszłam do niej dosyć sceptycznie, nawet bardzo, wręcz od razu byłam na nie. Jednak nadal aktualne jest "nie oceniaj książki po okładce".

Mieszko I nie przyjął chrztu. Powiedział mocne, stanowcze "nope". Dzięki temu współczesne państwo Polan, oprócz ogólnie pojętej nowoczesności, jest otoczone przez starodawne wierzenia i tradycje.
Ogólnie totalnie kupuję pomysł na Polskę słowiańską, a nie chrześcijańską. W trakcie lektury dowiadujemy się o kolejnych słowiańskich obyczajach, które nadal są kultywowane i bardzo mocno siedzą w codzienności współczesnych Polan. W czasie lektury pojawiło mi się parę filozoficznych pytań, na przykład "Ale czy granice państwa wyglądałyby tak samo jak teraz?". A potem zdałam sobie sprawę, że to w sumie nie jest ważne dla całej fabuły. Umówmy się, przy tej książce nie zadasz sobie Wielkiego pytania o życie, wszechświat i całą resztę. Po prostu to nie jest tego typu książka. Nie można do niej podejść racjonalnie (co ja piszę, chyba tylko mnie przychodzą do głowy trudne pytania w czasie lektury lekkich książek).

Bohaterowie noszą słowiańskie imiona. Główna bohaterka, Gosława Brzózka (zwana Gosią), po uzyskaniu dyplomu, musi wyjechać na rok z domu, żeby odbyć praktyki u szeptuchy. Takie jest prawo i nie da się tego zmienić. Po roku ma zdecydować, czy chce zostać szeptuchą czy też jednak wraca do cywilizacji i zostaje pełnoprawnym lekarzem. Perspektywa wyjazdu na zapadłą wieś i mieszkanie w rozwalającej się chacie przyprawia Gosię o zimne dreszcze (te robaki, ten bród, te wirusy i grzyby, a ile chorób ...). Na szczęście razem z przyjaciółką wynajmują mieszkanie w mieście. Pierwsza podróż do przyszłego miejsca pracy okazuje się męczarnią. Gosia, styrana jak koń po orce, pragnie po prostu umrzeć w rowie. Jednakże! Przez zupełny, kompletny przypadek pomaga jej w dotarciu do miejsca docelowego młody mężczyzna, co ma Mieszko na imię. Gosia nie jest jedną z tych kobiet, które zawsze wyglądają idealnie. Do brudnej i spoconej aparycji dodaje jeszcze kompletny brak elokwencji. I gotowe, zrobiła z siebie głupią przed najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziała, czas umierać, bardziej już się nie da upokorzyć (spojler: jak się potem okazuje, da się). W domu szeptuchy okazuje się, że nie wszystko jest takie, jak Gosia sobie wyobrażała. Oj, nie wszystko, o czym główna bohaterka niedługo się przekona.

Przy kolejnych opisach fizjonomii Mieszka miałam ochotę krzyczeć: "Dobra, to już wiemy. Gimmie more!". Gdybyśmy udało się nam przez jedną stronę zapomnieć o tym, że Mieszko jest przystojny i och i ach to spokojnie, na kolejnej stronie od razu sobie o tym przypominamy, bo mamy kolejny opis jak jego mięśnie mają mięśnie, a te mięśnie mają mięśnie, które grają na lirze korbowej. I że w ogóle i łojezusicku, schrupać, przelecieć i całować (może niekoniecznie w tej kolejności). I kiedy miałam już ogłosić wszem i wobec, że jeszcze jedna strona opisu ciała jedynego przystojnego bohatera tej książki i zwariuję to nagle ... zmiana. Mniej więcej w połowie książki autorka najwyraźniej stwierdziła, że czytelnicy już bardzo dobrze wiedzą, że Mieszko jest przystojny i postanowiła skupić się na czymś, co mocno popchnie akcję do przodu. Od momentu, kiedy bogowie zaczynają mieszać w świecie ludzi, robi się ciekawie. Nawet bardzo.

Jak przez pierwszą połowę książki z trudem przebrnęłam to drugą pochłonęłam prawie na raz. Wciągnęło mnie do tego stopnia, że już ustawiłam się w kolejce w bibliotece po drugi tom, czyli "Noc kupały". Co jeszcze warto dodać: "Szeptucha" jest wręcz przesycona humorem. Raz bardziej udany żart, innym razem mniej, ale nadal bawi.

Udane połączenie słowiańskości, wierzeń, wykorzystanie legend, okraszone poczuciem humoru. Książkę polecam komuś, kto chce się pośmiać, rozerwać i poczytać o tych mięśniach Mieszka ;P Chociaż, tak jak pisałam, potem robi się już bardzo ciekawie. Właściwie to główną rekomendacją tej książki powinno być to, że postanowiłam sięgnąć po następną część. Jeżeli "Szeptucha" zainteresowała kogoś takiego jak ja, z moim wybrednym gustem, to zainteresuje większość osób

PS Ustawiłam się też w kolejce po dwie pierwsze części z cyklu o diablicy Wiktorii. Może trzecia część mnie rozczarowała, ale dwie pierwsze bardziej mi się spodobają. A co, raz się żyje. Tak mało czasu, tak dużo książek do przeczytania, więc w drogę!