Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2019

"Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego, czyli co by było gdyby nie było (ale może jednak było?) ...


Ciężko było mi się za tę książkę zabrać ze względu na wątpliwą rekomendację, jaką usłyszałam na jednej z konferencji bibliotekarskich. Nie pamiętam już wystąpienia prelegentki, ale zapamiętałam moment, kiedy poleciła Jak zawsze, które było dla niej pewnego rodzaju terapią radzenia sobie ze starością. Głośno przeczytała fragment, w którym główna bohaterka kupuje seksowną bieliznę. Później spojrzała na salę i powiedziała: "Zgodzą się Panie, że książkę warto przeczytać, prawda?". Hahahaha, nie. Nie. Po prostu nie. Łał, to jest właśnie to co chciałam usłyszeć na konferencji poświęconej pracy bibliotekarzy i pomysłom na rozwijanie czytelnictwa. Nie. Nope.

Więc jakim cudem włączyłam audiobooka i wysłuchałam do końca? A no takim, że pewnego razu znowu pojawiła się zimowa akcja Inpostu i Legimi - odbierz szybko paczkę, a dzięki numerowi paczki dostaniesz darmowego audiobooka. Zrobiłam zbiórkę wśród znajomych, wykorzystałam wszystkie sześć czy siedem kont, które mam założone w Legimi, ponieważ na jedno konto można było "kupić" tylko 3 książki, a ja miałam dużo numerów (prawdziwy ze mnie Polak-Cebulak, czekam na order). Jedną z wybranych książek było właśnie Jak zawsze Zygmunta Miłoszewskiego.

Słuchałam długo i na raty. A bo to nie miałam ochoty, a to jechałam autobusem i nie miałam jak, a to mnie nudziło, zasypiałam, nie chciało mi się. Zupełnie zapomniałam, jak to cudownie jest połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli wykonywać domowe obowiązki i słuchać w tym czasie książki. Przecież po to kupiłam sobie słuchawki bezprzewodowe, żeby w czasie odkurzania nie przeszkadzał mi dyndający kabel z telefonu. Oprócz tego uciążliwe obowiązki domowe wykonuję możliwe jak najrzadziej, tylko wtedy kiedy bałagan zagraża mojemu życiu lub zdrowiu. Wiadomo, jest to niebezpieczne po stokroć kiedy kurz zaczyna krzesać ogień, szczególnie jeżeli ma się drewnianą podłogę w mieszkaniu. Wzięłam się i zaczęłam słuchać. A kiedy zaczęłam i mnie wciągnęło to już nie mogłam przestać. Efektem jest skrupulatne posprzątanie sypialni oraz wyczyszczenie łazienki - niestety książka skończyła się za szybko, więc umycie kafelek zostawiam sobie na kolejny raz.

Grażyna i Ludwik, bohaterowie Jak zawsze, dzięki przypadkowi, magii czy też wielkim pragnieniom, mają możliwość ponownego przeżycia swoich najlepszych lat. Mąż i żona, partnerzy, kochankowie, rodzice, razem od 50 lat. Ona przychodziła do niego na terapię, on miał żonę i dla Grażyny się rozwiódł. Miłość, namiętność, seks, przywiązanie. W 2013 roku po swojej 50 rocznicy budzą się rano i ze zdziwieniem uświadamiają, że są młodzi i jest rok 1963. Sen? Złudzenie? Kiedy już przyzwyczajają się do tego nienaturalnego stanu - przecież jeszcze dzień wcześniej mieli po 80 lat - zaczynają zastanawiać się nad podjętymi lata temu decyzjami. Czy Grażyna dobrze zrobiła zostając z Ludwikiem? Czy rzeczywiście pierwsza żona Ludwika była zimna i niedostępna? Czy życie w małżeństwie było tym, o czym oboje marzyli? Pojawia się wiele pytań i nieporozumień. Świat, w którym się budzą, też jest inny. Wydaje się lepszy i bardziej kolorowy. Zaczynają swoje drugie życie przed największymi wydarzeniami, które na zawsze zmienią historię Polski. Czy można było inaczej? Czy dzięki ich wiedzy można tak pokierować losami kraju, żeby nie trafić pod władzę Moskwy?

Każdy z nas podjął w życiu różne decyzje. Niektórych jesteśmy pewni, a do innych czasami wracamy myślami i zadajemy sobie pytanie "A gdybym …". Nigdy nie dowiemy się, co by były gdybyśmy poszli inną drogą, możemy się jedynie domyślać. Książka jest dosyć smutną i dającą do myślenia refleksją nad ludzkim życiem. Nagle coś, czego bohaterowie Jak zawsze nie kwestionowali od 50 lat, może ulec zmianie. Mogą jeszcze raz podjąć decyzje, zobaczyć czy to inna ścieżka, na którą się nie zdecydowali, byłaby lepsza.

To, że książka jest nostalgiczna nie znaczy, że nie ma w niej humoru. Może nie gwarantuje wybuchów wesołości, ale wiele razy parskałam śmiechem. Duża w tym zasługa lektorów, którzy przeczytali i odegrali role fenomenalnie. Dla wszystkich ukłony i aplauz, ale Kazimierz Kaczor i Dorota Kolak pozamiatali.

Zakończenie? Nadal się nad nim zastanawiam. Smutne? Dające nadzieję? Jeszcze nie wiem. Chyba muszę przeżyć o 50 lat więcej, żeby zrozumieć.

Na początku nie byłam pewna czy książka o seniorach, którzy nagle dostają okazję na drugie życie, będzie dla mnie ciekawa i zrozumiała. Kręciłam głową z niedowierzaniem, w jaki sposób można opisać prawie trzydziestolatków - jak dorosłych, poważnych ludzi, mających poważne prace, dorosłe ubrania i robiących poważne rzeczy. Straszne. Przecież tak to się zachowują ludzie, bo ja wiem, czterdziestoletni. Po czym uzmysłowiłam sobie, że mam 29 lat. Trochę się przeraziłam. Czy to już czas zamienić znoszoną torbę na elegancką torebkę, a dżinsy i popkulturowe koszulki na garsonki i żakiety?! Nie. Po pierwsze: mamy XXI wiek. Po drugie: w życiu nie uwierzę, że w ołówkowej spódnicy może być wygodnie. Po trzecie: z moją twarzą i ubiorem ludzie biorą mnie za dużo młodszą. Więcej plusów. Zostaję przy swoim. Pomyślę o tym jutro ... za 10 lat.

Książkę polecam. Mocno. Dla mnie początek był ciężki, a potem pogalopowało. Czy masz lat 20, 30, 40 i więcej - każdy wyniesie z tej powieści coś innego. Dla każdego, w zależności od wieku, będzie miała inne przesłanie. Ile ludzi, tyle zrozumienia dla zachowania i decyzji bohaterów.

Co ja bym zrobiła gdybym nagle przeniosła się 10 lat do tyłu? Wiele razy nad tym myślałam i jednego jestem pewna: wybrałbym inny kierunek studiów. Trochę to przerażające, że zmieniłabym coś, co mnie ukształtowało. Inny kierunek, inni znajomi, inne perspektywy. Mówi się, że nigdy nie jest za późno na zmiany. I tak, i nie. Niektóre rzeczy łatwo zmienić, na inne szkoda czasu i energii. To pisałam ja, Pałlio Koejlo Bibliotekarus.

PS Zaczęłam prowadzić bullet journal. Jedną recenzję tygodniowo wpisałam sobie do planów. Tak w ramach motywacji i zmian w życiu. Oprócz tego testuję aplikację Blogger na telefonie, żeby bardziej zmotywować się do pisania recenzji. Więc jeżeli w tekście pojawiły się błędy albo bezsensowne słowa to przepraszam - jak tylko włączę laptopa to sprawdzę tekst pod kątem baboli (autokorektę kocham, ale czasami doprowadza mnie do szału).

piątek, 22 lutego 2019

Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować, czyli "Obsesja" Katarzyny Bereniki Miszczuk

Do kryminałów i innych thrillerów podchodzę z rezerwą. Obok książek obyczajowych jest to rodzaj literatury, który najbardziej mnie rozczarowuje swoim zakończeniem. Albo już od połowy książki (lub wcześniej) wiem, kto zabił, albo wytłumaczenie motywu mordercy jest totalnie bez sensu. Albo jedno i drugie. Wiecie, coś w stylu: zabija bo ... i tutaj autor książki zdaje sobie sprawę, że w sumie nie wie dlaczego jego bohater zabija, więc kupuje butelkę albo dwie ewentualnie siedem butelek wina, upija się i wpada na jakiś błyskotliwy pomysł - tak, zabija bo jest mu żal jeży, które codziennie giną na drogach, więc zabija wszystkich kierowców, łał ale genialny pomysł, shut up and gimme money, będzie bestseller, wycinajcie konfetti.

Z podobną rezerwą podeszłam do Obsesji Katarzyny Bereniki Miszczuk. Dwa miesiące wcześniej skończyłam czytać Przesilenie, ostatnią część cyklu "Kwiat Paproci" (której może recenzję stworzę, ale nie wiem czy mi synonimów starczy), a tutaj kolejna książka tej samej autorki. Pani kochana, siem rozczarowałach łostatniom ksiunżkom, ale darowanemu kuniowi w zymby siem nie zaglądo (tak, Obsesję uzyskałam z akcji InPostu i Legimi). Akurat potrzebowałam czegoś mało wymagającego, co nie obciąży moich zmaltretowanych przez głupotę uczniów szarych komórek. Niech będzie, posłuchajmy!

Joanna Skoczek jest psychiatrą. Pracuje w jednym z Warszawskich szpitali, mieszka w kawalerce na Pradze, za towarzysza mając Kołtuna - persa, który chyba w dzieciństwie wypadł z łóżeczka kilka razy za dużo, taki brzydki. Niedawno się rozwiodła i stara się ogarnąć swoje życie na nowo. Praca jak praca: starzy pacjenci, nowi pacjenci, konsultacje, służbowe kontakty towarzyskie: te mniej przyjemne (cycata stażystka) i te przyjemniejsze (doktor Tomasz). Nuda, panie, nuda. Pewnego dnia Asia przyjeżdża do pracy i dowiaduje się, że w koszu na brudne ubrania znaleziono ciało jednej z pacjentek. Policja uważa, że po trzech miesiącach powrócił seryjny morderca kobiet. Na Warszawę padł blady strach, a na niebie pojawił się znak wzywający Batmana, by kolejny raz uratował mieszkańców Gotham … nie, wcale nie. Pojawił się ktoś równie męski i też w pięknie opinającym się skórzanym wdzianku na odpowiednich częściach ciała.

Podejrzewam, że osoby, które czytają thrillery i kryminały na tony mogły szybciej rozgryźć mordercę. Dla mnie, osoby która boi się po takich książkach iść do łazienki, bo na pewno w sedesie czai się morderca z tasakiem, książka była dużym zaskoczeniem. Kiedy już, już byłam pewna, że wiem kto jest mordercą, autorka serwowała nowe fakty, przez które swoje wcześniejsze przemyślenia mogłam zepchnąć na dno i przydeptać. "Hahaha! Rozgryzłam fabułę!" byłam z siebie dumna, kiedy wydawało mi się, że połączyłam wszystkie elementy układanki w piękną całość - autorka nagle wywracała stolik z moimi pięknie ułożonymi puzzlami poszlak i dawała jasno do zrozumienia, że wiadomo gdzie mogę sobie to wsadzić. Przyznaję szczerze: do końca nie wiedziałam kto jest mordercą. W głowie miałam milion różnych pomysłów na to, kto zabija. Podejrzewałam praktycznie wszystkich, łącznie z główną bohaterką. Osoba mordercy mocno mnie zaskoczyła i bardzo podobały mi się jego motywy.

Książkę polecam. Bardzo dobrze mi się jej słuchało. Ewa Abart zrobiła fenomenalną robotę, a oprócz tego jej głosu aż miło posłuchać. Obsesja trzyma w napięciu, podszyta jest humoerem, który rozładowuje lekko napięcie - takie ostrożne "haha … ha … ha", bo po prostu wiecie, że coś się zaraz stanie.

Aktualnie jestem ustawiona w kolejce do wypożyczenia drugiej części "W lekarskim fartuchu". Czy to jako audiobook, ebook czy papierowe - wciągnę z pewnością. I oby, OBY, drugi tom był tak dobry jak pierwszy, bo nie ma nic gorszego niż złe kontynuacje (gorsze jest tylko, jak lekarz przykłada ci zimną głowicę stetoskopu do ciała … brrrr).

środa, 8 sierpnia 2018

"Kiedy widzę zwierzątko - chcę je przytulić. Kiedy widzę człowieka - chcę go ominąć!", czyli "Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz płakałam - tak po prostu. I nie jest to bardzo odległa data. Na filmie płakałam, kiedy oglądałam "W głowie się nie mieści". Ale do teraz miałam bardzo duży problem, żeby wskazać książkę, na której płakałam. Czytam bardzo różne książki, ale od niepamiętnych czasów żadna nie odkręciła we mnie łzawego kurka. Do teraz.

Czytając Był sobie pies płakałam jak bóbr. Nie, nawet nie. RYCZAŁAM! Do tego stopnia się zapętliłam we łzach, że kiedy skończyły mi się chusteczki to wycierałam nos w poszewkę, żeby tylko nie przerwać czytania. Tak bardzo zalewałam się łzami, że w którymś momencie w mojej głowie pojawiła się myśl, że na pewno się odwodniłam.

Był sobie pies opisuje kilka wcieleń tego samego psa. Bailey, bo takie imię w swoim najdłuższym i jednym z najwspanialszych wcieleń otrzymuje zwierzak, za każdym razem jest innej rasy, koloru, zmienia też płeć. Ale pamięta każde swoje poprzednie wcielenie. Jest kochającym swoich właścicieli psem, który wykonuje ich polecenia na swój psi sposób. Każde jego wcielenie jest pełne ciepła i dobroci. Jego misją jest kochanie ludzi i w każdym ze swoich żyć stara się to robić jak najlepiej. Jest towarzyszem małego chłopca, psem policyjnym, zagubionym psiakiem. I chociaż po Bailey'u pojawiają się kolejne psie osobowości, to Bailey jest w każdym z nich i szuka swojego chłopca.

Książka napisana z perspektywy psa. Na początku książka wydawała mi się za bardzo dziecięca, napisana zbyt naiwnym językiem. A po kolejnych rozdziałach wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak może myśleć pies, ale gdybym się zastanawiała to zdecydowanie tak, jak napisana jest ta powieść. Prosto, a jednocześnie na swój sposób pokrętnie. Z oddaniem i miłością, a jednocześnie z niepewnością w związku z zachowaniem ludzi. Strachem, a jednak odrobiną ufności. Trudno jest mi stwierdzić, jak bardzo narracja odwzorowuje potencjalne zachowanie psa (jestem zadeklarowaną kociarą), ale z moich nielicznych obserwacji psów stwierdzam, że chyba oto właśnie chodziło.

W trakcie czytania książki nie tyle targały mną emocje związane z nieodpowiedzialnym zachowanie ludzi wobec zwierząt (znieczulica ludzka doprowadza mnie do szewskiej pasji, jak można znęcać się nad kimś, kto nie jest w stanie się obronić), ale również wróciły do mnie wszystkie uczucia, które przeżywałam w ostatnich dniach życia mojego kota. Przeżyliśmy 15 lat razem i najbardziej żałuję, że nie zdążyłam pozwolić mu odejść w sposób najmniej bolesny dla niego - do końca wierzyłam, że się jeszcze podniesie.

Jednych książka jedynie delikatnie wzruszy, drudzy - tak jak ja - będę wylewali hektolitry łez. Jeszcze inni, dla których zwierzęta wyglądają jedynie dobrze na talerzu, nie wzruszą się w ogóle.

Każdemu zwierzolubowi, który stracił ukochanego towarzysza i przyjaciela mogę jedynie zadedykować jeden z najpiękniejszych wierszy o śmierci zwierzęcia, jakie kiedykolwiek przeczytałam (fragment): "A jeśli ktoś mi zarzuci, że świat widzę w krzywym lusterku, to ja powtórzę: on wróci... Choć może w innym futerku" - F. J. Klimek

PS A takie śmieszki robię sobie z kotangesy :P

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

#1 Szybka Szpilka / Polacy jeszcze dawniej w szkole żon

Szybko, krótko i na temat. Bo zdarza mi się, że o niektórych książkach muszę coś napisać, a niekoniecznie jestem w stanie długo i rozwlekle. Skąd nazwa? Mój kotanges nazywa się Szpilka i jest bardzo szybka - świadczą o tym moje rozliczne blizny po jej szpilkowatych pazurach.


Monika Richardson - Lubię być Polakiem
Wywiady z ludźmi, którzy stali się Polakami z wyboru lub takimi, którzy musieli zdefiniować swoją polskość na obczyźnie. Książka jest kopalnią wartościowych przemyśleń, cytaty z niej można przerabiać na tatuaże lub naklejki motywacyjne na ścianę. Pozwala zastanowić się nie tylko nad nami samymi jako ludźmi ale również nad nami jako Polakami. 

Janina Broniewska - Dawno i jeszcze dawniej
Od połowy nudna i cudownie propagandowa. Czego się spodziewać po książce, która miała udowodnić dzieciom, że po wojnie będzie już tylko lepiej, a Polska to silny, rozwijający się kraj i jest w nim zupełnie normalnie. Hmm, tak jakbym to już ostatnio gdzieś słyszała ...
 
Magdalena Witkiewicz - Szkoła żon
Wypłukuje ostatnie szare komórki z mózgu. Z tej całej erotyczno-seksualnej mieszanki stara się wybić jakieś przesłanie, ale zanim porządnie się pojawia, od razu jest zmywane z pokładu przez kolejną falę michalakowo-grejową. Przeraża mnie, że niektórzy czytają tylko taką literaturę.

czwartek, 10 sierpnia 2017

In postęp we trust, czyli "Stulecie chirurgów" Jürgena Thorwalda

"Złoty wiek chirurgii" - czas kiedy odkryto narkozę, zajęto się antyseptyką, a dzięki temu coraz śmielej grzebano w ludzkich wnętrznościach i wykonywano operacje, które jeszcze kilkanaście lat wcześniej wydawały się niemożliwe do przeprowadzenia.

Książka to zapiski Henry'ego Hartmanna - amerykańskiego chirurga, dziadka Jürgena Thorwalda. Dzięki swojemu ojcu, który chciał, żeby jego syn był wykształconym lekarzem, Henry ukończył medycynę, praktykował a później zajął się podróżowaniem po świecie i dokumentowaniem największych odkryć i postępów jemu współczesnej medycyny.

Szczegółowe opisy odkryć i jak do nich dochodziło spowodowały, że dotarło do mnie jak wielu ludzi musiało umrzeć w męczarniach, jak wiele lekarze z poprzednich wieków ćwiczyli i pracowali, żeby dokonywać odkryć, żeby udoskonalać swój warsztat pracy, żeby ciągle iść do przodu. Oczywiście, było też wielu, bardzo wielu lekarzy, którzy uważali, że pewnych operacji nie należy przeprowadzać, a bardzo chorych ludzi oddać należy w opiekę Bogu. Całe szczęście, że znalazło się parę osób, które postanowiło w tamtym czasie "zabawić się w Boga". Paru ludzi z otwartymi umysłami, lata praktyki, narażanie się na wyśmiewanie na konferencjach i w czasopismach lekarskich. I nagle ich metody zaczęli przejmować i udoskonalać inni, równie postępowi lekarze, którzy też nie mogli już patrzeć na wszechobecną śmierć i zgony pooperacyjne.

Książkę czyta się dosyć mozolnie, jest naszpikowana szczegółami, datami. Nie da się zboczyć myślami na inne tory - chwila nieuwagi i już nie wiemy, gdzie skończyliśmy czytać. Widać, że dziadek Thorwalda wykonał tytaniczną pracę w odszukiwaniu faktów historycznych dotyczących postępowych operacji w "złotym wieku chirurgii". Lektura mocna, wstrząsająca, czasami wyciskająca łzy z oczu (popłakałam się jak bóbr przy jednym z rodziałów). Bardzo polecam, bo warto uświadomić sobie, że to, co dzisiaj jest dla nas czymś niesamowicie oczywistym i powszednim, kiedyś było niesamowitym, przełomowym odkryciem. 

PS Coś do zabłyśnięcia wśród znajomych: nazwa płynu "Listerin" pochodzi od nazwiska brytyjskiego chirurga Josepha Listera - a czym zasłynął to doczytajcie w książce ;)

wtorek, 6 czerwca 2017

"Piąte dziecko" Doris Lessing, czyli przerażająco prawdziwe zakończenie

Moja mama bardzo nalegała, żeby przeczytała tę książkę. Akurat jestem po studiach podyplomowych z oligofrenopedagogiki (albo jak to ładnie jeszcze się nazywa: edukacja i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną), w przyszłym tygodniu egzamin. Jestem też tuż po praktykach w szkole specjalnej, w której mogłam obserwować zachowanie i funkcjonowanie dzieci z różnymi typami niepełnosprawności intelektualnej. Wzięłam się za tą książkę wczoraj, bo krótka (141 stron), akurat na jeden raz.

Przeczytałam ją w ciągu jednego wieczoru, ale miałam momenty, że po prostu musiałam "Piąte dziecko" odłożyć i zająć się czymś innym, żeby na chwilę oderwać umysł od wydarzeń w książce, które były praktycznie kalką z tego, co słyszałam na wykładach. I mając w głowie te wszystkie historie, które słyszałam od wykładowców na studiach, bardzo przeżyłam czytanie tej książki. Autorka wręcz brutalnie prawdziwie namalowała słowem wstrząsający zapis walki rodziny o normalność z tytułowym "piątym dzieckiem" - niepełnosprawnym umysłowo chłopcem. Mając z tyłu głowy wiadomości ze studiów, mogłam czytać niesamowicie prawdziwe etapy, przez które przechodzi rodzina. Książka w sposób bardzo mocny pokazuje, jak może wyglądać życie rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym intelektualnie. Rodziny, która mimo wszelkich trudności będzie chciała wychować swoje dziecko.

Dla ludzi, którzy z dziećmi i osobami niepełnosprawnymi intelektualnie nie mają w ogóle do czynienia, książka może być dziwna, zupełnie niezrozumiała, chaotyczna. Mogą mówić: "To wszystko przez środki na uspokojenie". Dziecko niepełnosprawne może urodzić się każdemu, nawet jeżeli kobieta przed i w trakcie ciąży dbała o siebie i swoje zdrowie. Nie ma reguły. Tak samo jak kobieta z niepełnosprawnością intelektualną może urodzić dziecko w normie - oczywiście w takim przypadku odsetek zdrowych urodzeń jest mniejszy, ale jednak jest to możliwe. Naukowcy nadal starają się znaleźć przyczynę powstawania niepełnosprawności intelektualnych. "Bo kiedyś tego nie było!". Było, ale takie dzieci były po prostu uważane za debili, imbecylów i idiotów (dawniej właśnie taka skala obowiązywała przy określaniu stopnia niepełnosprawności intelektualnej). Kończyły jakąś szkołę, były przepychane z klasy do klasy. Jeżeli były lepiej rozwinięte to załapały jakąś prostą pracę. Inne popadały w konflikty z prawem.

Książka warta przeczytania przez wszystkich. Mocna, dająca do myślenia. Pokazuje pesymistyczny obraz dziecka niepełnosprawnego intelektualnie od momentu urodzenia do dorosłości. Dla ludzi po oligofrenopedagogice obowiązkowa.

środa, 31 maja 2017

Jose Mieszko Antonio Pierwszy, władco Polan - wróć! ... czyli "Żerca" Katarzyny Bereniki Miszczuk

W środę zaczęłam, w piątek już ją oddałam koleżance z pretensjami. "Czemuś mi ją pożyczyła?! Jak ja teraz dotrwam do czwartej części?!". Koleżanka skwitowała to tylko jednym zdaniem: "Sama chciałaś!". Prawda to, sama chciałam, chociaż zostałam teraz z różnymi myślami w głowie, głównie typu "Co ja właśnie przeczytałam?!".

A koleżanka ostrzegała, że trzecia części "Kwiatu Paproci" to brazylijska telenowela w słowiańskim wydaniu. I rzeczywiście, w "Żercy" jest wszystko, czego nie powstydziłyby się wszystkie te brazylijsko-hiszpańsko-wenezuelskie seriale, w których martwi przestają być martwi, żywi przestają być żywi (ale potem jednak żyją), a iskry miłości i namiętności śmigają w powietrzu jak szalone.

Najbardziej chaotyczne nakreślenie fabuły czas zacząć (spoilery dla tych, co nie czytali poprzednich części): Mieszko się wziął i wyjechał, żeby pochować swoją teraz-już-na-pewno martwą żonę. Gosia cały czas mieszka u Baby Jagi, za broń ma sól i sztylet i szkoli się na szeptuchę. Czasami pojawiają się jeszcze jakieś objawy hipochondrii, ale właściwie po tym co przeżyła to bakterie i kleszcze są jej najmniejszym zmartwieniem. Młoda szeptucha myśli o władcy Polan intensywnie z przerwami na jeszcze intensywniejsze myślenie o tym, co ją czeka ze strony bogów. Błąka się po lesie, sprząta leśniczówkę, która po Nocy Kupały nadal wyglądała jak krwawy obraz nędzy i rozpaczy. I stara się żyć normalnie, a raczej w miarę normalnie, z uwagi na ciągle dręczące ją koszmary. W Bielinach pojawia się nowy żerca, który od pierwszych chwil zawiesił oko na naszej bohaterce. And the winner is ... ? Nic z tych rzeczy, bo Mieszko pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie i znowu miesza Gosławie w głowie. Walkę na testosteron między władcą Polan a młodym żercą czas zacząć! Jakby jeszcze tego było mało w tej mieszance wybuchowej - nagle w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć demony, boginki i inne boskie twory. No i jeszcze ten Swarożyc ..

Czego w tym tomie nie ma! Wszystko jest (wybredniejsi powiedzieliby, że za mało wybuchów, pościgów i brak płonącego helikoptera)! Wprawdzie po pierwszych stu stronach wiedziałam kto zabija, ale nie zepsuło mi to przyjemności z dalszego czytania książki. Bo to nie morderstwa są w tej książce najważniejsze. Mamy tutaj mieszaninę uczuć i przeznaczenia, wszystko podszyte świetnym humorem. Wprawdzie te wenezuelsko-brazylijskie zwroty akcji powodują, że czytelnik nagle mocno zastanawia się, co go jeszcze czeka i kiedy pojawi się cioteczna babka ze strony wuja z testamentem, w którym bohaterce zapisano pół majątku i hacjendę na południowym zboczu Kielc (spoiler - nie pojawia się).

Książkę oceniam bardzo pozytywnie. Wciąga, rozśmiesza, czasami zastanawia. Powtórzę się: jeżeli mnie wciągnęła to wciągnie też innych wybrednych, którzy raczej po taką literaturę nie sięgają. Bo gdyby to miał być zwykły romans, komedia romantyczna to pewnie nawet bym na to nie spojrzała. Ale słowiańskość robi swoje, książka owija czytelnika pradawną magią, wierzeniami, a iskry miłości, które przeskakują między bohaterami, stają się po prostu częścią mitologii słowiańskiej.

Tupię nóżką z niecierpliwością i czekam na kolejną część.

piątek, 3 marca 2017

"Tajemnica biblioteki", czyli Lasse i Maja odkrywają tajemnice, a Martin Widmark ma trudną przeszłość

Staram się zawsze pisać bez większych spoilerów. Nigdy nie zdradzam zakończenia książek. Ale dzisiaj, teraz, przy tej książce dla dzieci po prostu nie mogę wytrzymać i zdradzę kto ZABIŁ! (dobra, nie zabił, ale ukradł książkę ... a mógł zabić ... ). Więc ostrzegam - w tym wpisie zdradzam całą intrygę, czyli SPOILER ALERT!

To pierwsza książka z serii "Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai", którą przeczytałam. Jako bibliotekarka musiałam sprawdzić co też w tej bibliotece piszczy. I mam dość mieszane uczucia. Nawet bardzo mieszane. Jakbym była źle przygotowanym martini dla Jamesa Bonda.

Fabuła w skrócie: ktoś kradnie książki z biblioteki publicznej. Nie byle jakie książki, bo "białe kruki". Jest trzech podejrzanych: pastor, przyrodniczka i konserwator. Każdy z nich jest idealnym materiałem na złodzieja. Lasse i Maja zaczynają śledztwo. Okazuje się, że książki kradł pastor, który przechodzi na emerytuję. Kradł książki, żeby ofiarować je Jezusowi na święto Wniebowstąpienia.

Intryga bardzo mi się spodobała, sposób działania młodych detektywów również. Autor w nienachalny sposób przedstawił, jak zróżnicowane jest szwedzkie społeczeństwo. Trudno było zgadnąć, kto był złodziejem, bo każda osoba była bardzo prawdopodobna (posądzałam nawet bibliotekarkę). Tutaj olbrzymi plus dla autora za zagadkę - dla młodych czytelników świetne ćwiczenie umysłu. Ale grande finale - koszmar.

Z pastora zrobiono, delikatnie mówiąc, głupka. Jak już się okazało, że to pastor kradł książki to, pamiętając, że przechodzi on na emeryturę, spodziewałam się raczej, że chciał te książki sprzedać, żeby mieć odłożone pieniądze na swoje dalsze życie. Pewnie gdyby książkę napisał Polak i akcja działaby się w Polsce to takie właśnie byłoby zakończenie tej książki :P
Ale nie! Pastor kradł książki, żeby oddać je przelatującemu Jezuskowi! Serio, czy naprawdę trzeba było wymyślić akcję oddawania książek przelatującemu Jezuskowi? Przelatującemu Jezuskowi!!! Bo jest przecież Wniebowstąpienie. To takie logiczne, że Jezusek nagle przeleci obok wieży kościelnej, złapie książki i pofrunie dalej. Paczkę od piekarza też odbierze, jeżeli ten rzuci ją wystarczająco wysoko. A co tam, niech napełni balon helem i puści do nieba, Jezusek i paczkę przejmie i sobie odpocznie, jak się do balonu doczepi.

Już pal licho, że bibliotekarka została przedstawiona w sposób stereotypowy - okulary, spódnica, pulowerek i bezkształtna masa na głowie. Prawie przestało mnie denerwować takie stereotypowe przedstawianie bibliotekarek, chociaż staram się je tępić i walczę z nim zaciekle w moim otoczeniu. Ale autorowi jakiś pastor musiał kiedyś zrobić straszną krzywdę, że przedstawia duchownych w swoich książkach w taki sposób. Kilka z tej serii już przeczytałam i w każdej książce, w której pojawia się postać pastora, jest on przedstawiany jak człowiek niespełna rozumu. 

I może nie powinnam się tłumaczyć, ale powiem: nie oburzam się na to przedstawienie pastora dlatego, że przejmuję się jakoś specjalnie wątkami chrześcijańsko-katolicko-religijnymi. Mocno mnie takie wątki nie obchodzą. Oburzam się, bo ten cały wątek z pastorem, który wyrzuca książki za okno przedstawia pewną grupę w okropnie negatywnym, mało inteligentnym świetle. A pamiętajmy, że jest to książka dla dzieci. Gdyby przyrodniczka zakopywała te książki w ziemi, bo wierzyłaby, że to spowoduje wzrost roślinności, albo konserwator wmurowywał książki w ścianę, bo to wzmocni mury, to też bym się oburzała. Przedstawianie jakieś grupy w negatywnym świetle jest nieodpowiednie. A cały proces Wniebowstąpienia Pana Jezusa można wytłumaczyć w inny, mniej rażący swoją głupota sposób.

Trzeba bardzo, bardzo ostrożnie pisać książki dla dzieci. Bardzo. Tak samo jak trzeba pomyśleć kilka razy, zanim powie się coś przy dzieciach. Bo dzieci są ja gąbka. Nasiąkają tym co przeczytają i przejmują opinie dorosłych. W dzisiejszych czasach to nie jest tak, że dzieci są złe, niedobre i w ogóle olaboga. Dzieci najczęściej przejmują zdanie i postawy rodziców. Powielają to, co usłyszą w domu. A potem w szkole i na ulicach słyszymy to co słyszymy. I narzekamy na dzisiejszą młodzież, która nagle w magiczny sposób "sama" wyrosła na takich roszczeniowych.

piątek, 24 lutego 2017

"Noc Kupały" Katarzyny Bereniki Miszczuk, czyli co ma być to będzie

Się zaklepało w bibliotece, wypożyczyło, przeczytało, oddało. Kiedy odbierałam książkę w poniedziałek, zupełnie nie spodziewałam się, że w piątek już oddam ją z powrotem. Co więcej, w czasie czytania przejdę od smutku do radości, kiedy zauważyłam na książce informację o powstającej trzeciej części "Kwiatu paproci". Nie spodziewałam się po sobie takiego zaangażowania w lekturę, do której miałam ogromny dystans.

W tej części praktycznie od początku lokomotywa zdarzeń rusza z impetem. Gosia, która musiała przyjąć do wiadomości, że ludzie, którzy ją otaczają, niekoniecznie są tymi, za których ich uważa (czasami w ogóle nie są ludźmi), przygotowuje się powoli do Nocy Kupały. Nie przewiduje dla siebie specjalnie świetlanej przyszłości, w końcu i tak pewnie czeka ją śmierć, więc po co planować dalsze życie. Mieszko jak to Mieszko nadal jest piękny, a jego mięśnie ... wiadomo. I wszystko przebiegałoby całkiem gładko gdyby nie to, że między młodą szeptuchę a władcę Polan wpada Ote, podobno martwa żona Mieszka. Znaczy się, martwa, ale nie przeszkadza jej to kręcić się po świecie i naprzykrzać się komu popadnie. Oprócz tego bogowie biegają po Ziemi jak jeszcze nigdy dotąd i każdy czyha na moment, kiedy Gosia zerwie kwiat paproci. I to czyhają całkiem sprawnie, więc Gosia cały czas musi być czujna, nigdy nie wiadomo kiedy ktoś spróbuje przeciągnąć ją na swoją stronę. Aż wreszcie nadchodzi Noc Kupały i Gosława Brzózka chcąc nie chcąc musi podjąć jakąś decyzję.

Wciągnęło mnie. Przepadłam. Książka trzyma w napięciu i nie brakuje w niej humoru, co tworzy świetną mieszankę. Oprócz tego mitologia słowiańska robi swoje i człowiek zdaje sobie nagle sprawę, jak dobrze zna mitologię nordycką, grecką, rzymską, a jak niewiele wie o swoich korzeniach. Moim jedynym wspomnieniem o mitologii słowiańskiej ze szkoły jest to, kiedy Mieszko I przyjął chrzest i zaczęto niszczyć posągi starych bogów - do dzisiaj pamiętam ilustrację z podręcznika do historii czy języka polskiego, jak linami obalano posąg Światowida. I tyle. Za to bogów greckich mogę wymieniać obudzona w środku nocy z pamięci od tyłu.

Oczywiście mogłabym się przyczepić do paru rzeczy, ale całość książki wychodzi na taki plus, że nie ma to sensu (natomiast przy poprzedniej części miało, oj miało).

Po lekturze "Nocy Kupały" Google na moim laptopie płonęło świętym ogniem, kiedy wyszukiwałam informacji o słowiańskich bogach i koligacjach rodzinnych wśród nich. Co więcej, po przeszukaniu własnego księgozbioru okazało się, że mam nawet w swoich zbiorach "Mitologię Słowian" Aleksandra Gieysztora. Poznawanie praprzeszłości czas zacząć.

Książkę czyta się niesłychanie szybko, jest lekka, łatwa, przyjemna. Do relaksu, oderwania się od rzeczywistości idealna. Gorzej, jeżeli gonią was terminy. Wtedy proponuję nawet nie zaczynać czytania, bo jak już raz wessie to ciężko przetłumaczyć sobie, że są przecież pilniejsze rzeczy niż czytanie książek. Mózg mówi "Czytaj!", Serce mówi "Czytaj!" - kimże jesteśmy, by z tym walczyć?

czwartek, 26 stycznia 2017

Mieszko, Mieszko, przystojny koleżko, czyli "Szeptucha" Katarzyny Bereniki Miszczuk

To druga książka Katarzyny Bereniki Miszczuk, którą przeczytałam (wcześniej miałam wątpliwą przyjemność zapoznać się z "Ja, potępiona". Tutaj można przeczytać, co autor miał na myśli: klik!). Podeszłam do niej dosyć sceptycznie, nawet bardzo, wręcz od razu byłam na nie. Jednak nadal aktualne jest "nie oceniaj książki po okładce".

Mieszko I nie przyjął chrztu. Powiedział mocne, stanowcze "nope". Dzięki temu współczesne państwo Polan, oprócz ogólnie pojętej nowoczesności, jest otoczone przez starodawne wierzenia i tradycje.
Ogólnie totalnie kupuję pomysł na Polskę słowiańską, a nie chrześcijańską. W trakcie lektury dowiadujemy się o kolejnych słowiańskich obyczajach, które nadal są kultywowane i bardzo mocno siedzą w codzienności współczesnych Polan. W czasie lektury pojawiło mi się parę filozoficznych pytań, na przykład "Ale czy granice państwa wyglądałyby tak samo jak teraz?". A potem zdałam sobie sprawę, że to w sumie nie jest ważne dla całej fabuły. Umówmy się, przy tej książce nie zadasz sobie Wielkiego pytania o życie, wszechświat i całą resztę. Po prostu to nie jest tego typu książka. Nie można do niej podejść racjonalnie (co ja piszę, chyba tylko mnie przychodzą do głowy trudne pytania w czasie lektury lekkich książek).

Bohaterowie noszą słowiańskie imiona. Główna bohaterka, Gosława Brzózka (zwana Gosią), po uzyskaniu dyplomu, musi wyjechać na rok z domu, żeby odbyć praktyki u szeptuchy. Takie jest prawo i nie da się tego zmienić. Po roku ma zdecydować, czy chce zostać szeptuchą czy też jednak wraca do cywilizacji i zostaje pełnoprawnym lekarzem. Perspektywa wyjazdu na zapadłą wieś i mieszkanie w rozwalającej się chacie przyprawia Gosię o zimne dreszcze (te robaki, ten bród, te wirusy i grzyby, a ile chorób ...). Na szczęście razem z przyjaciółką wynajmują mieszkanie w mieście. Pierwsza podróż do przyszłego miejsca pracy okazuje się męczarnią. Gosia, styrana jak koń po orce, pragnie po prostu umrzeć w rowie. Jednakże! Przez zupełny, kompletny przypadek pomaga jej w dotarciu do miejsca docelowego młody mężczyzna, co ma Mieszko na imię. Gosia nie jest jedną z tych kobiet, które zawsze wyglądają idealnie. Do brudnej i spoconej aparycji dodaje jeszcze kompletny brak elokwencji. I gotowe, zrobiła z siebie głupią przed najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziała, czas umierać, bardziej już się nie da upokorzyć (spojler: jak się potem okazuje, da się). W domu szeptuchy okazuje się, że nie wszystko jest takie, jak Gosia sobie wyobrażała. Oj, nie wszystko, o czym główna bohaterka niedługo się przekona.

Przy kolejnych opisach fizjonomii Mieszka miałam ochotę krzyczeć: "Dobra, to już wiemy. Gimmie more!". Gdybyśmy udało się nam przez jedną stronę zapomnieć o tym, że Mieszko jest przystojny i och i ach to spokojnie, na kolejnej stronie od razu sobie o tym przypominamy, bo mamy kolejny opis jak jego mięśnie mają mięśnie, a te mięśnie mają mięśnie, które grają na lirze korbowej. I że w ogóle i łojezusicku, schrupać, przelecieć i całować (może niekoniecznie w tej kolejności). I kiedy miałam już ogłosić wszem i wobec, że jeszcze jedna strona opisu ciała jedynego przystojnego bohatera tej książki i zwariuję to nagle ... zmiana. Mniej więcej w połowie książki autorka najwyraźniej stwierdziła, że czytelnicy już bardzo dobrze wiedzą, że Mieszko jest przystojny i postanowiła skupić się na czymś, co mocno popchnie akcję do przodu. Od momentu, kiedy bogowie zaczynają mieszać w świecie ludzi, robi się ciekawie. Nawet bardzo.

Jak przez pierwszą połowę książki z trudem przebrnęłam to drugą pochłonęłam prawie na raz. Wciągnęło mnie do tego stopnia, że już ustawiłam się w kolejce w bibliotece po drugi tom, czyli "Noc kupały". Co jeszcze warto dodać: "Szeptucha" jest wręcz przesycona humorem. Raz bardziej udany żart, innym razem mniej, ale nadal bawi.

Udane połączenie słowiańskości, wierzeń, wykorzystanie legend, okraszone poczuciem humoru. Książkę polecam komuś, kto chce się pośmiać, rozerwać i poczytać o tych mięśniach Mieszka ;P Chociaż, tak jak pisałam, potem robi się już bardzo ciekawie. Właściwie to główną rekomendacją tej książki powinno być to, że postanowiłam sięgnąć po następną część. Jeżeli "Szeptucha" zainteresowała kogoś takiego jak ja, z moim wybrednym gustem, to zainteresuje większość osób

PS Ustawiłam się też w kolejce po dwie pierwsze części z cyklu o diablicy Wiktorii. Może trzecia część mnie rozczarowała, ale dwie pierwsze bardziej mi się spodobają. A co, raz się żyje. Tak mało czasu, tak dużo książek do przeczytania, więc w drogę!

Wiedźmin w kłopotach, czyli "Sezon burz" Andrzeja Sapkowskiego

Jedni nazywają tę książkę ostatnią częścią sagi o wiedźminie. Inni mówią, że najlepiej ją czytać przed zbiorem opowiadań Ostatnie życzenie (a dokładnie przed opowiadaniem Wiedźmin). Inni jeszcze, że nie, trzeba czytać w takiej kolejności, jak zostały wydane. Problemy mniej więcej takie jak przy ogarnięciu chronologii Gwiezdnych Wojen, szczególnie po premierze "Łotr 1".

Streszczenie: ukradziono miecze wiedźmina. Wiedźmin ich szuka przez 3/4 książki. Romans. Parno i duszno. Koniec streszczenia.

W tej części brakowało mi po prostu akcji. Za długo wszystko w książce kręciła się tylko wokół wiedźmińskich mieczy. Zastanawiałam się, kiedy pojawią się nowe wątki, kiedy wiedźmin odnajdzie miecze i ruszy na Tatara. Nie jest tak, że się w międzyczasie nic nie działo, bo działo się - wiedźmin pakował się w różne tarapaty (miłosne również). Jednak brakowało mi różnorodności wątków, które można śledzić. Było mi mało humoru, którym poprzednie książki z wiedźmińskiego świata były naładowane po sam czubek. Mało szalonych wiedźmińskich akcji. Wręcz wydawało mi się, że niektóre zdarzenia były wymyślone na siłę, żeby coś do książki dorzucić. Raczej dość stonowane dążenie do celu, czyli odnalezienia mieczy. Co natomiast na wielki plus i z tego się cieszę - pewne wątki miały zaskakujące zaskoczenie, jak w kryminałach, kiedy do końca nie potrafisz rozgryźć kto zabił.

"Sezon burz" mnie nie porwał. Gdybym oceniała punktowo to dałabym książce 4 punkty w sześciostopniowej skali. Dobrze było przeczytać kolejną książkę z cyklu o wiedźminie, zanurzyć się w ten świat ponownie, ale czuję dużo niedosyt. Chcę więcej. Mam wielką nadzieję, że pojawi się kolejna część - czy to kontynuacja cyklu czy dodatkowa historia. Wiedźmin to jedna z tych sag, które mam ochotę zapomnieć, żeby móc przeczytać ją jeszcze raz i cieszyć się nią na nowo. 

czwartek, 27 października 2016

Pauli Hawkins "Dziewczyna z pociągu", czyli dużo hałasu o nic

"Dziewczyna z pociągu". Wszyscy o tym gadają, wszyscy czytają, ekranizacja, objawienie roku, thriller trzymający w napięciu. Wow wow. To postanowiłam sprawdzić co w trawie piszczy.

Rachel codziennie rano dojeżdża pociągiem do pracy. Zna tę trasę na pamięć. Tak jak ludzi, którzy żyją na osiedlu przy torach. W myślach  zaczyna żyć ich życiem. Pewnego dnia kobieta mieszkająca w domu przy torach znika, a Rachel jest pewna, że dzięki swoim obserwacją z pociągu jest w stanie pomóc policji odkryć prawdę o zaginięciu dziewczyny.

Książka wciągnęła mnie niesamowicie. Z każdą kolejną stroną chciałam czytać szybciej i szybciej, żeby być bliżej końca i rozwiązania sprawy. I nagle, tak gdzieś w 3/4 książki, wszystko zaczęło ustępować. Nagle już wiedziałam kto, co i dlaczego. Jeszcze się łudziłam, że może to nie to, że może jednak będzie jedno wielkie zaskoczenie. Ale nie. "Puf!" i po wszystkim. Oczekiwałam zakończenia w stylu filmu "Wyspa tajemnic" (książki nie czytałam), a tutaj ... nic. Napisać książkę, która trzyma w napięciu i tak zniszczyć zakończenie - to powinno być karalne. W książce nie ma też fragmentów, w których człowiek na głos mówi "O matko!" albo "Jasny gwint" ewentualnie "Łaaaał". Nie ma. Kolejne fragmenty układanki powoli trafiają na swoje miejsce, bez większych sensacji.

Jeżeli chcecie przeczytać jakiś thriller psychologiczny o podobnym układzie jak "Dziewczyna z pociągu" to polecam naszą rodzimą "Idealną" Magdy Stachuli. Dużo lepsza od książki Pauli Hawkins, chociaż też bez spektakularnego zakończenia.

piątek, 30 września 2016

Ja rozczarowana, czyli "Ja, potępiona" Katarzyny Bereniki Miszczuk

Nie dane mi było przeczytać dwóch poprzednich części, stwierdziłam, że jeżeli spodoba mi się ta, którą mam w domu to uzupełnię braki. Na szczęście nie będę musiała tego robić.

Odpowiedź na pytanie pierwsze: wygrałam książkę w konkursie, sama bym sobie jej nie kupiła. Odpowiedź na pytanie drugie: nie trzeba czytać poprzednich części, żeby połapać się o co w tym wszystkim chodzi. Serio. Skończyłam tę książkę tylko dlatego, że zawsze kończę każdą książkę, którą zaczynam czytać (no dobra, Biblii nie skończyłam czytać, ale tak jakby zmienił mi się światopogląd w trakcie lektury). I wiem na pewno, że nie sięgnę po dwie poprzednie książki.

Wiktoria Biankowska – niby tam zwykła Polka, mieszka sobie, żyje, je, śpi. Oprócz zwykłych supermocy, jakie posiada każdy człowiek (m.in. ponadnaturalna prędkości w drodze na autobus) posiada również Iskrę Bożą oraz moce diabelskie. W skrócie mówiąc: pstryknięciem palców potrafi obrócić wszystko w drobny mak. Czy Wiki może mieć normalnego chłopaka? Ależ nie. Mężczyzną jej życia zostaje, wybrany po długich za i przeciw, przystojny diabeł Beleth. Tak się składa, że w skutek nieszczęśliwego wypadku ten przystojny diabeł pozbawia ją życia. Pech to pech, Wiktoria wybiegła za Piotrkiem, swoim byłym, z którym zerwała, zobaczyła że zgubił portfel, podniosła go, na chodniku namalowano kredą znak „x”, zdziwiła się, a po chwili miała bliskie spotkanie z ciężarówką z mrożonkami. Zginąć miał Piotrek, padło na Wiktorię: byłą diablicę, niedoszłą anielicę. Gdyby trafiła do Nieba: spoko, jakoś to przeżyjemy. Do Piekła: wieczny miodowy miesiąc z przystojnym diabłem. Tak się składa, że Beleth przekupił wszystkich, których miał przekupić i ciężarówka z mrożonkami wysyła przypadkowo martwą Wiktorię do Tartaru.

Tyle z ciężkiego spoilera. Moje wrażenia: jeżeli tworzysz bohatera, który potrafi strzeleniem palców stworzyć sobie ubranie, jedzenie, dom, samochód, skrzydła wyrastające z pleców, który potrafi machnięciem ręką wyrzucić bandę oprychów na metry w tył, który może stać się niewidzialny … to dlaczego ten oto superbohater nagle zaczyna uciekać. Serio. W każdym filmie, w każdej książce doprowadza mnie to do szału. „Mam supermoce, mogę wszystko … o nie gonią mnie, mają miecze, muszę uciekać tup tup tup”. Dla mnie jest to niekonsekwencja i tyle. Albo bohater jest wszechmocny albo nie jest. Gdyby jeszcze postać Wiktorii utraciła w Tartarze swoje moce i byłaby zwykłą zmarłą duszyczką: ok, rozumiem, zmiana klimatu, nie ma mocy, musi uciekać. Ale nie. Wiki posiada swoje cudowne, szalone moce i nie potrafi zwiać z Tartaru. Z takimi możliwościami Wiktoria i przystojny Beleth powinni rozwalić wszystko w drobny mak i nie bawić się w walki, więzienia, uciekanie, przemiany i inne głupoty. Pstrykasz palcami i masz co chcesz. Ale bohaterowie jakby na siłę robią wszystko tak, żeby nie było łatwo, co w konsekwencji prowadzi do tego, że całą historię można by zamknąć w 100 stronach.

Zakończenie książki? Jeżeli czekacie na pokaz fajerwerków na samym końcu to muszę was rozczarować: wszystko okazuję się jednym, marnym „pufff” i to nawet bez wykrzyknika.

Mam propozycję dla każdego kto zabiera się za czytanie tej książki, a podejrzewam, że pasuje to też do dwóch poprzednich części: gra pijacka. Przygotowujemy sobie wiadro wódki, kieliszek i zaczynamy czytać. Za każdym razem kiedy pojawi się zwrot „przystojny diabeł” wychylamy kielona. Gwarantuję, że nie dacie rady doczytać książki do końca.

Podsumowanie: pomysł całkiem niezły, ale historia źle opowiedziana. Bohaterowie dostali za dużo władzy. Na siłę są stwarzane problemy, a potem w dziwne, pokrętne sposoby chce się je rozwiązać, chociaż droga jest całkiem prosta.

PS. Nadużycie słowa przystojny było celowe i nie ucierpiał przy tym żadnej diabeł.

poniedziałek, 26 września 2016

"McDusia" Małgorzaty Musierowicz, czyli ciepłe kluchy po raz dziewiętnasty

U Borejków trwają przygotowania do Świąt. W Poznaniu pojawia się Magdalena Ogorzałek, przez swoje uwielbienie do frytek i innych fast foodów zwana McDusią (przezwisko to wymyślił oczywiście niewyparzony język Idusi Borejko). McDusia pojawia się w Poznaniu ze smutnego powodu, jej zadaniem jest uporządkowanie pewnego mieszkania, w którym „zabrakło czyjegoś głosu”. W Ignacego Grzegorza Strybę, zwykle stoika i mola książkowego, trafia strzała Amora. W Magdusię również trafia strzała, ale niestety uczucia swoje kieruję w stronę Rudzielca, czyli Józin … to jest, Józefa Pałysa. Pepe jako prawdziwy mężczyzna nie bawi się w miłostki tylko twardo stąpa po ziemi. Ale w sumie ta Agata z jego klasy … no i przecież jest jeszcze Trolla!

Wszystko zbiega się ze ślubem Adama i Laury. Tygrys, jak to Tygrys, szaleje. Ale zamiast czupurnego zwierzaka, jakim była wcześniej, możemy zobaczyć spokojną, łagodną dziewczynę … co nie znaczy, że Tygrysek schował już na dobre swoje pazurki. Jak wiadomo śluby w tej rodzinie nie mogą przebiegać normalnie i bez żadnych wypadek. Dwie pary butów, tak na wszelki wypadek, oczywiście zostały zakupione, ale czy ktoś przewidział, że w tym całym świątecznym zamieszaniu straci się suknia ślubna? Kiedy pojawia się nieoczekiwanie Janusz Pyziak największe rozterki ma nie Laura, a Gabrysia, której Janusz wyrządził wiele krzywd.

Sielsko, wiejsko i anielsko. Tak w skrócie mogłabym opisać 19. tom Jeżycjady. Wszystko dobrze się kończy (chociaż jeden wątek jest dość smutny). Mamy powieść niezwykle rodzinną, ciepłą, tak jak większość tomów z tej serii. Ciepła herbata i domowe ciasto, upieczone przez Milę Borejko, uspokoi zszargane nerwy i pozwoli spokojnie się zastanowić. Stół w kuchni na Roosevelta pomieści każdego i wydaje się być magicznym miejscem, gdzie wszelkie troski znikają a miód leje się na rany.

Z tomu na tom wszystko wydaje mi się coraz bardziej naiwne i przesłodzone. Czasami zastanawiam się dlaczego jeszcze tak bardzo przeżywam pojawianie się kolejnych części. Prawie wszyscy bohaterowie z Jeżycjady towarzyszyli mi od dzieciństwa. Traktuję całą serię jak przyjaciele, z którym już nie utrzymuję zbyt częstych kontaktów, ale gdy tylko go spotykam to mamy dużo rzeczy do omówienia. Tak jest z Jeżycjadą. Niby już nie porywa mnie tak jak dawniej, niby już to nie jest to czego oczekuję, ale wspomnienia wszystkich godzin, które spędziłam na pochłanianiu opowieści o rodzinie Borejków, Żaków, Genowefie Pompke, wracają z każdym kolejnym tomem. Nie wielbię już tych książek bezgranicznie i widzę jak bardzo są wyidealizowane - nawet jeżeli pojawiają się tematy trudne, jak ciąża z zaskoczenia, czyjaś śmierć itp. to nadal wszystko w finale kończy się z uśmiechem na ustach. Jeżycjada nadal mnie do siebie przekonują, a czytanie kolejnych tomów jest wróceniem do beztroskich czasów, kiedy nie miałam zmartwień (oprócz matematyki, która jest moim zmartwieniem po dzień dzisiejszy).

niedziela, 25 września 2016

Nigdzie, ale zawsze gdzieś, czyli "Nigdziebądź" Neil Gaiman

Nazwisko Gaimana cały czas napotykałam. A to w internetach ktoś o nim wspomniał (szczególnie przy Doktorze Who), a to ktoś napisał, że Gaiman ciekawe książki pisze. I cały czas mówiłam sobie „Dobra, czas wziąć się za książki tego Nejla Gejmana … czy jak mu tam”. I tak się brałam, że się nie brałam, bo zawsze coś ciekawszego miałam do roboty. Aż tu nagle, proszę ja was, wchodzę na Filmweb. Filmweb jaki jest każdy widzi. I dowiaduję się, że powstaje radiowa adaptacja „Nigdziebądź” (tytuł już wcześniej obił mi się o uszy), a jedną z postaci zagra *głębokie westchnienie* Benedict Cumberbatch *omdlenie*. Ad rem: postanowiłam przeczytać „Nigdziebądź”. Akurat tak się złożyło, że przed zajęciami – jak to zwykle bywa na bibliotekoznawstwie – trwała wymiana książek, czyli „aaa, oddaję ci”, „masz dla mnie?”, „ooo, to ja jestem druga w kolejce, chcę to przeczytać” itd. I w ten cudowny dzień właśnie ktoś oddał mojej koleżance „Nigdziebądź”. Gdy zobaczyłam książkę, sprytnym i zwinnym ruchem przechwyciłam ją i schowałam do torby. Koleżanka powiedziała tylko „Aha” oraz „W sumie dobrze, bo i tak nie mam na nią miejsca na półce”, a druga koleżanka od razu zaklepała sobie kolejkę zaraz po mnie, bo też chciała zawsze coś Gaimana przeczytać. I przeczytałam. Wreszcie. I bardzo mi się spodobało.

Londyn. Takie miasto. Każdy jest w stanie mniej więcej określić gdzie się znajduje. Ale nie wszyscy wiedzą, że oprócz tego Londynu, w którym każdy z nas może pracować na zmywaku, czyli Londynu Nad – istnieje jeszcze Londyn Pod. Nie wie tego na pewno jeszcze główny bohater, Richard Mayhew, który ma bardzo spokojne życie. Dom, praca, narzeczona. Jak to zwykle bywa, jeżeli główny bohater ma spokojne życie to zaraz ono przestanie być spokojne. I proszę, Richard zgadza się pomóc kobiecie imieniu Drzwi (tak, jak to czym w złości każdy lubi trzaskać). I to go gubi. Staje się niewidzialny dla ludzi w Londynie Nad, chociaż mężczyzna jeszcze nie wiem, że istnieje jakiś inny Londyn. Tylko tajemnicza dziewczyna o imieniu Drzwi może mu pomóc, więc postanawia ją odszukać. Przechodzi do Londynu Pod – widmowo-upiornego miasta. Panna Drzwi postanawia pomóc Richardowi wrócić w całej jego widzialnej okazałości do jego Londynu. Trzeba tylko odnaleźć anioła Islingtona, który gdzieś tam był … podobno. Tropem Richarda i Drzwi (brzmi jak firma produkująca elementy drewniane) podążają dwaj mordercy, którzy są niezwykle spragnieni krwi. Do Poszukiwaczy Zaginionego Anioła dołącza Łowczyni (która jest legendą) oraz Markiz de Carabas (który też jest legendą … w pewnych kręgach). Mordercy drepczą im po piętach, szczury biegają, a w Londynie Pod nic nie jest takie jak mogłoby się wydawać.

Fantastyka, akcja, morderstwo, humor – wszystko we właściwych proporcjach. Krew, śmierć, strach, przerażenie, smutek, samotność, tęsknota. Ta książka to kocioł pełen różnych emocji. Łatwo wyczytać morał. Bo czy nasze zwyczajne, szare życie nie sprawia, że zaczynamy być niewidzialni dla innych osób? Codziennie te same obowiązki. Stajemy się szarzy i nudni. Znudzeni własnym życiem. W momencie jeżeli zaczynamy się wyróżniać, odkrywać siebie na nowo, często gęsto wzbudza to sprzeciw społeczeństwa. Wiem co mówię, sama tego doświadczyłam. Odrobina szaleństwa, szybka decyzja – może diametralnie zmienić nasze życie. Niestety, życie to nie jest książka, nie wszystko kończy się szczęśliwie, ale … czy czasami nie warto spróbować? Zaryzykować i postawić krok w nieznane. A nóż widelec się uda.

czwartek, 8 września 2016

Wymyśl mu zajęcia to nie będzie miał czasu na głupoty, czyli Pete Johnson - "Jak wychować sobie rodziców"

Nie przeczytałam tej książki dlatego, że przegrałam jakiś zakład. Zrobiłam to sama z własnej woli. A właściwie po pewnym zdarzeniu. Uczennica przyszła do biblioteki, żeby zwrócić książki – między innymi właśnie tą. Na pytanie, czy książka jej się podobała odpowiedziała, że mama nie pozwoliła jej przeczytać tej książki. Lekko mnie zatkało. Postanowiłam sama zapoznać się z tą książką i zobaczyć, czy na serio aż tak jest groźna dla autorytetu rodziców. I wiecie co? Nie jest zupełnie. Wręcz przeciwnie – ta książka może pomóc rodzicom zapanować nas swoimi dziećmi.

Książka napisana jest w formie pamiętnika, co bardzo lubię. Głównym bohaterem jest dwunastoletni Louise (wymawia się Lu-ii, a nie Lułys), którego poznajemy zaraz po jego pierwszym dniu w nowej szkole. Razem z rodzicami i młodszym bratem, sześcioletnim Elliotem, przeprowadzają się bliżej Londynu, ponieważ tata dostał nową propozycję pracy i aż żal było nie skorzystać. Rodzice zadowoleni, Elliot zadowolony tylko Louise tak nie bardzo potrafi przyzwyczaić się do zmiany. Nasz bohater uczęszcza do najlepszej szkoły w mieście, crème de la crème wśród szkół. I od tego wszystko się zaczyna, bo prawdę mówią Louise nie jest specjalnie pilnym uczniem. Dyrektor Pluj (nazwany tak, bo pluje przy mówieniu) powtarza ciągle, że chłopiec ma szczęście, że trafił do jego szkoły, a wychowawca Pan Robakowski (w tym nie ma nic śmiesznego, po prostu biedak ma tak na nazwisko) ma nadzieję, że Louise zasłuży się dla szkoły. Tak się składa, że wielkim marzeniem Louisa jest zostanie światowej sławy komikiem, więc swoje żarty ćwiczy na każdym, kogo spotka. Niestety, nowa szkoła jest żartoodporna. Od razu po pierwszy dniu okazuje się, że chłopiec trafił do szkoły, która jest wypełniona ambitnymi dziećmi swoich ambitnych rodziców. Dostałeś 6 minus? Stać cię na 6! Dostałeś 4? Mama i tata poświęcili dla Ciebie tak wiele, a ty się nie uczysz!

Na szczęście Louise się tym nie przejmuje, nie ma zamiaru starać się bardziej niż dotychczas, dzięki czemu przynosi mierne oceny, ma dużo czasu dla siebie, a i zdrowie psychiczne jest w jak najlepszym stanie. Gorzej z jego rodzicami, których na pewno porwali kosmici. Sprawdzanie zeszytów? Oczywiście! Wypytywanie o oceny? Jak najbardziej! A może dodatkowy kurs francuskiego i korepetytor z angielskiego i matmy? Synku, musisz się starać, być ambitny, możesz dużo osiągnąć. A kiedy rodzice skonfiskowali telewizor Louisa i zaczęli przesiadywać w jego pokoju, chłopiec zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak … i niech kosmici, którzy porwali jego prawdziwych rodziców, natychmiast ich zwrócą, bo ile można wytrzymać z tymi nadgorliwymi.

W końcu Louise zgadza się na tygodniowe warsztaty teatralne. Poznaje na nich Maddy, która postanawia zostać jego impresariem. Przynosi mu wiadomość o konkursie talentów. Rozmowa z rodzicami nie przynosi jednak oczekiwanych rezultatów: Louise ma się skupić na nauce, a nie na jakiś głupotach. Maddy informuje go o castingu do telewizji – każdy zgłoszony ma 3 minuty na zaprezentowanie swojego talentu. Louise wie, że to jego szansa, by stać się sławnym i znanym komikiem. Jest tylko jedna przeszkoda – rodzice, który nie zgadzają się na nic poza tym, co jest dobre dla niego i może mu pomóc zdobywać dobre stopnie. Czy Louise się podda i zrezygnuje ze swojego marzenia? Jak można się domyślić – oczywiście, że nie. Chłopiec i jego koleżanka mają plan i to wcale nie najgorszy.

Książka jest bardzo zabawna i naprawdę mi się podobała. Moim zdaniem nie tyle jest to książką o tym jak wychować sobie rodziców, ale i książka dobrze odwzorowująca punkt widzenia dzieci na różne sprawy. Jak już wcześniej pisała to nie tylko książka dla dzieci, ale też książka dla rodziców, którzy chcą lepiej zrozumieć swoje pociechy. A morał z tej książki jest krótki i niektórym znany – rodzice powinni rozmawiać z dziećmi, a dzieci z rodzicami, żeby mogli zrozumieć siebie nawzajem, a ich wspólne życie nie było tylko pasmem buntu, nerwów, krzyków i złorzeczeń.

niedziela, 4 września 2016

Trylogia "Ognisty Wiatr" Williama Nicholsona

 SPOILERY!
Poniżej znajdują się recenzje wszystkich tomów trylogii.

Na poprzednim blogu rozbiłam recenzje na trzy osobne posty, ale przy przenosinach postanowiłam je połączyć w jeden dłuuuuuugi post. Jeżeli ktoś nie czytał jeszcze żadnej z książek, a planuje to proponuję przeczytać jedynie recenzję pierwszego tomu, a resztę sobie darować, bo chcąc nie chcąc, chociaż się starałam jak nie wiem co, kolejne recenzje zdradzają zakończenia poprzednich tomów.

Pryskaliwkać egzaminy, czyli Pieśniarz Wiatru
„Przysięgam starać się bardziej,
sięgać wyżej i pracować ze wszystkich sił,
by jutro być lepszym niż dziś.
Z miłości do naszego Imperatora i dla chwały Aramanth!”
Poznajmy miasto Aramanth. Wszystko w nim jest idealnie poukładane. Również ludzie i ich życie. Każdy człowiek podporządkowany jest punktacji. Punkty przyznaje się od najmłodszych lat. Za wszystko. Punkty zebranego przez każdego członka rodziny wpływają na ogólną rodzinną punktację. Im punktacja jest wyższa, tym lepiej żyje się rodzinie – począwszy od mieszkania, a skończywszy na produktach w sklepie. Ponieważ miasto składa się z kręgów. Najniżej znajduje się Szara Dzielnica, gdzie ludzie mieszkają w jednym pokoju i noszą szare ubrania. Później jest dzielnica Kasztanowa, następnie Pomarańczowa, Szkarłatna, a na końcu Biała. Każda dzielnica ma osobne szkoły i sklepy. Im wyższa punktacja, tym rodzina mieszka w wyższym kręgu. Ale rodzinie Hathów, którą poznajemy, jakoś specjalnie na tej punktacji nie zależy. Hanno Hath, ojciec, jest bibliotekarzem. Mama, Ira Hath, zajmuje się wychowaniem dwuletniej córeczki Pinto, zwanej PinPin. Hanno i Ira mają jeszcze dwójkę dzieci – 10-letnie bliźniaki Kestrel i Bowman, którzy mają zdolność rozmawiania ze sobą za pomocą myśli. Wśród tego uporządkowanego świata rodzina odstaje – Hanno od trzech lat nie awansował i nie specjalnie się tym przejmuje, jego żona jest najszczęśliwsza, kiedy cała rodzina jest razem, podobnie dzieci. Kestrel nie cierpi tego miasta, kocha za to Pieśniarza Wiatru – dziwną konstrukcję ustawioną w Białej Dzielnicy. Podobno kiedyś śpiewał, ale jego głos został odebrany, by ocalić miasto. Według legendy przyjdzie czas, że zaśpiewa znowu. Tylko kiedy? Po tym jak wszystko idzie źle, a punktacja rodziny spada na łeb na szyję – Kestrel dostaje zadanie od samego Imperatora by odnaleźć głos Pieśniarza Wiatru. Kestrel, razem z bratem Bowmanem i kolegą z klasy, Mumpo, wyruszają w niebezpieczną podróż. W podróż, która musi zakończyć się sukcesem, by miasto się odmieniło, a ludzie zaczęli żyć normalnie.

Rodzeństwo jest jak ogień i woda: spokojny Bowman i wybuchowa Kestrel, która wprowadza zamieszanie w spokojne życie Aramanth. Kess w bardzo przykry sposób odnosi się do Mumpo – przez połowę książki zwroty „Zamknij japę” i „Jesteś głupi” są często używane i wcale nie po przyjacielsku. Im bliżej finału poszukiwań głosu Pieśniarza Wiatru, tym przyjaźń między bliźniętami a Mumpo zacieśnia się, a Kestrel widzi go w nowym świetle: to już nie tylko Mumpo, opóźniony chłopak bez rodziców, który wyruszył z nimi z miasta, ale również przyjaciel, na którym można polegać.

Na okładce książki umieszczono cytat z „Daily Telegraph”: „Klasyczna historia w stylu Harry’ego Pottera, która tylko czeka, by wspiąć się na listy bestsellerów”. Moja pierwsza myśl: no cóż, gdyby była bestsellerem, to nie leżałaby w pudle z książkami przeceniona na 10 zł. Ale jak wiemy, Harry Potter miał świetną reklamę i już na długo przed ukazywaniem się kolejnych części robiono wokół niego szum, aż tłumy czekały przed północą w dzień premiery na otwarcie drzwi księgarni. Może gdyby reklama sagi „Ognisty Wiatr” była przemyślana i większa, mogłoby się coś z tego wykluć, a tak – całą sagę można kupić już za 30 zł, co przy cenie sugerowanej każdego tomu (33 zł), jest śmiesznie niską kwotą. Ogólnie po skończeniu książki miałam podobne odczucia jak po pierwszej części „Igrzysk śmierci”: niby pierwsza część stanowi zamkniętą opowieść, ale świadomość tego, że czeka na mnie jeszcze część druga i trzecia, sprowadza pewien niepokój. Bo co można jeszcze wymyślić? Okazuje się, że można. I oby kolejne tomy były równie dobre jak ten pierwszy.

Książka trzyma w napięciu i bardzo dobrze się ją czyta. Naszpikowana jest dość nagłymi zmianami akcji. Wstrzymałam oddech kiedy pojawili się Zarowie, najbardziej przerażający wojownicy na świecie. Kiedy czytelnikowi wydaje się, że teraz już nic nie może stanąć podróżnikom na drodze, autor książki wylewa nam na głowę kubeł zimnej wody. Chciałam tutaj machnąć litanię o tym, dlaczego, u licha, autor nazwał chłopca Bowman. Podenerwować się, że tyle imion wymyślił i skończyła mu się inwencja przy bracie bliźniaku, którego nazwał po prostu Łucznikiem (ang. bowman). Z ciekawości zaczęłam wyszukiwać imiona innych bohaterów: Kestrel to po polsku Pustułka, Hanno był kartagińskim żeglarzem z V wieku p.n.e., który według zapisków, odbył wyprawę wzdłuż wybrzeża Afryki Zachodniej. Ira oznacza po łacinie Gniew. Co do Pinto to chciałam wymyślić coś mądrego, ale w sumie ile języków tyle znaczeń: od drzwi po indyka. Skłaniałabym się ku Szpilce albo Pinezce (ang. Pin), ale to już byłoby chyba zbyt naciągana teoria. Tłumaczka po prostu zostawiła oryginalne brzmienia imion – i bardzo dobrze, trochę dziwnie czytałoby się o przygodach Łucznika i Pustułki :P. Kawał dobrej roboty w tłumaczeniu zrobiła Milena Wójtowicz (oprócz tłumaczenia zajmuje się też pisaniem – jest autorką m.in. Podatku, który bardzo lubię). Wydaje mi się, że szczególnym wyzwaniem były tutaj oryginalne przekleństwa, których używają bohaterowie książek.

Książka ma dość jasne przesłanie: czy to jest tak ważne, żeby każdego kolejnego dnia być lepszym, niż było się wczoraj? Czy ilość punktów, jaką zdobywamy, na prawdę świadczy o poziomie naszej wiedzy? Dużą rolę w książce odgrywa też strach i walka z nim. Kestrel boi się Starych Dzieci, ale wie, że musi z nimi walczyć. Hanno boi się o swoją żonę i dzieci, ale wie, że jeżeli na miasto nie spadnie nagła odmiana to życie jego rodziny przemieni się w piekło. Ale strach trzeba pokonać, bo inaczej nigdy nie pójdzie się do przodu. 

Z deszczu pod rynnę, czyli Niewolni

Po Pieśniarzu Wiatru nie od razu zabrałam się za drugi tom trylogii. Nie czułam potrzeby. Zakończenie pierwszego tomu nie zachęciło mnie do natychmiastowego kontynuowania lektury. Treść następnej części wydawała się oczywista – można było podejrzewać, że w kolejnym tomie poznamy historię życia Mathan w nowym Aramanth. A tutaj, ha ha, autor zrobił psikusa (taki dowcipniś).

Krótka recenzja: krew, śmierć, strach, niewola, tortury, taniec, przyjaźń, przemiana. Jeżeli komuś to nie wystarcza to zapraszam do czytania dalszej części ; – ).

Mija 5 lat. Kestrel i Bowman mają po 15 lat i żyją w wolnym mieście Aramanth. Pieśniarz śpiewa swoją pieśń, a ludzie są szczęśliwi. Mumpo wyrasta na przystojnego młodego mężczyznę, nadal po uszy zakochanego w Kess. Pinto ma 7 lat i uwielbia Mumpo – skrycie się w nim podkochuje. Ira Hath coraz częściej czuje w sobie iskrę proroka, swojego przodka – Iry Mantha. Lud Manth wiedzie spokojne życie. Nie wiedzą, że za chwil kilka zostanie ono zniszczone i zrównane z ziemią. Do miasta zbliża się armia Hegemonii, której zadaniem jest grabienie, łupienie i pozyskiwanie niewolników. Tak też dzieje się z Aramanth. Miasto zostaje zniszczone, a Mathanie zabrani w długa podróż do Hegemonii. Kestrel, której udaje się uniknąć pojmania, zabiera srebrny głos Pieśniarza Wiatru i podąża przez pustynię za swoim ludem . Okrucieństwo Hegemonii jest niewyobrażalne – Kestrel widzi śmierć, która dopada co słabsze osoby z jej ludu. Wycieńczona, pada na piasek, a budzi się w … powozie. Znalazła się wśród ludzi z Gangu. Dzięki swojemu sprytowi, udaje jej się zostać służącą księżniczki Johdili, które wraz z rodziną, armią i dworzanami zmierza do Hegemonii, być wziąć ślub z synem Pana, władcy Hegemonii. Chociaż Kestrel z każdym kolejnym dniem darzy księżniczkę coraz większą sympatią wie, że musi wykorzystać ją w swoim planie – księżniczka nie może zgodzić się na zaślubiny, a wtedy dzięki zamieszaniu może uda uwolnić Mathan z niewoli. Kestrel dodatkowo cierpi z powodu rozłąki ze swoim bratem-bliżniakiem – zawsze byli blisko siebie, a ich rozstanie przysparza dziewczynie niemal fizycznych cierpień.

Manthanie docierają do Hegemonii. Kraina zdaje się im piękna. Otrzymują dostatecznie dużo jedzenia. Wielu Manthan zaczyna zastanawiać się, czy nie dać za wygraną i nie pogodzić się ze swoim niewolniczym losem. Ale Ira Hath mówi – nie! Jest prorokinią i wie, że Hegemonia to nie jest ich Ojczyzna. Aramanth też nią nie było. Lud Manth musi znaleźć swój dom. Na razie trzeba czekać i przygotowywać się do ostatniej w ich życiu podróży – wyprawy do Ojczyzny. Ludzie zostają przydzieleni do prac – Bowman wybiera posadę stróża nocnego na pastwisku. Pewnej nocy przychodzi do niego dziwny człowiek z kotem: jesteś dzieckiem proroka, musisz ćwiczyć, żeby wypełnić swoją rolę. Bowman, zgodnie ze wskazówkami jednookiego człowieka, ćwiczy moc swojego umysłu. W miarę upływu czasu jest w stanie zrobić coraz więcej rzeczy tylko za pomocą siły woli. Tęskni za Kestrel. Czuje zbliżającą się chwilę, w której wypełni się jego przeznaczenie.

Drogi brata i siostry znowu się splatają, w miarę jak orszak Gangu zbliża się do Hegemonii. Czas na podejmowanie ważnych decyzji, czas na walkę ze swoimi dręczycielami. Bowman i Kestrel czekają na dzień zaślubin – to jedyna nadzieja, żeby oswobodzić swój lud. Przygotowują się do tego dnia i mają nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z ich planem.

Wiem, że powyższy opis treści może wydawać się chaotyczny. Gdybym miała zagłębiać się w szczegóły książki to recenzja byłaby dwa, a może nawet trzy razy dłuższa – tyle w książce jest różnych pobocznych wątków i szczegółów. Żeby za dużo nie powiedzieć, musiałam je pominąć, co jest korzystne dla samego elementu zaskoczenia w książce.

Autor wprowadził w drugiej części o wiele więcej brutalności niż było w pierwszym tomie trylogii. Wyraziste opisy przemocy i terroru, pozwalają sobie świetnie wyobrazić to, co przeżywa lud Manth. Muszę powiedzieć, że po drugim tomie byłam przerażona. Zarowie z pierwszego tomu to ledwo szkolna drużyna koszykówki w porównaniu z tym, co autor serwuje czytelnikom w drugim tomie (chociaż nieskończoność Zarów przeraża bardzo). Akcja w drugim tomie jest napięta jak cięciwa łuku i tylko czekać, aż nie wytrzyma i puści. Pierwszy tom to jest wyprawa na poziomki do parku, drugi tom to sprawdzian dla twardzieli. Przy czytaniu książki cały czas, gdzieś z tyłu głowy, miałam porównanie zdarzeń przedstawionych w niej do tego, co działo się w Auschwitz. To trochę porównanie na wyrost, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Nicholson w swoich opisach ociera się trochę o okrucieństwo nazistów w stosunku do więźniów obozu. Zakończenia rozdziałów są otwarte co powoduje, że zdanie „przeczytam jeszcze jeden rozdział i pójdę spać” w ogóle nie ma racji bytu. Mój przykład: po kolejnym rozdziale odłożyłam książkę i zgasiłam światło, ale po mniej niż pięciu minutach zapaliłam lampkę ponownie i wzięłam książkę, bo nie mogłam przestać myśleć o tym, co będzie.

Treść Niewolnych, jak i Pieśniarza Wiatru, ma drugie dno. Nie jest to jednak treść nacechowana samymi alegoriami, przez co czytelnikowi nie wydaje się, że czyta traktat filozoficzny zamiast książki przygodowej. W tym tomie znowu autor zawiera uniwersalną prawdę i zadaje pytania. Co lepsze: trudna wolność czy dobra niewola? Czy należy pogodzić się ze swoim losem, czy może jednak szukać wyjścia z trudnej sytuacji? Czy należy odzyskać wolność nawet za cenę życia innych ludzi? Lud Manth zadaje sobie trudne pytania, czytelnik również stara się na nie odpowiedzieć.

Pieśń Ognia, czyli Johnny, la gente esta muy loca, what the f*ck?!

Po drugiej części „Ognistego Wiatru” od razu sięgnęłam po następną. Musiałam wiedzieć, co stało się dalej. Trzecia część okazała się … no właśnie – krótko mówiąc dziwna. W skrócie: krew, śmierć, marsz, Ojczyzna, porwanie, latanie, śpiewanie, whaaaaaaaat?!?!

Manthanie nadal maszerują w stronę Ojczyzny. Maszerują i maszerują. I jeszcze maszerują. Ira Hath jest coraz słabsza – spełniają się powoli słowa jej przodka, który powiedział, że „umrze na przepowiednię”. Dzięki prorokini lud wie gdzie ma iść – Ira czuje ciepło na twarzy od strony, w którą powinni się kierować. Im bliżej celu, tym ludzie bardziej mają dosyć marszu. Chcą osiąść w dogodnym miejscu i nie ruszać dalej. Kiedy wchodzą do ciepłej doliny wydaje im się, że trafiają do Raju i to musi być ich Ojczyzna. Gdyby nie inteligencja Kestrel, ich myślenie doprowadziłoby do nieszczęścia. Na Manthan czyha znacznie więcej niebezpieczeństw i ludzi, którzy chcą im przeszkodzić w dojściu do upragnionego domu. Bowman przygotowuje się do wypełnienia swojego zadania – ostatecznego zniszczenia zła. Kestrel jest zrozpaczona tym, że brat będzie musiał ją opuścić. Kiedy nadchodzi moment, postanawia ruszyć za bratem i pomóc mu w jego zadaniu. Czas zaśpiewać Pieśń Ognia.

Kiedy druga część trylogii wywołała u mnie szok, ta wywołuje zdziwienie i niezrozumienie. Bardzo trudno jest mi ubrać myśli w słowa i wypowiedzieć się o tej książce, a jednocześnie nie zdradzić kluczowych momentów, bo to właśnie one wywołują u mnie mieszane uczucia. Parę fragmentów musiałam przeczytać po kilka razy i nadal nie rozumiem tego, co dla bohaterów książki jest oczywiste. Mam wrażenie, że autor stworzył tajemnicę, którą na końcu nieudolnie wyjaśnił. Oprócz tych paru krótkich fragmentów książka jest bardzo wciągająca i aż nie można się od niej oderwać. Po przeczytaniu zostaje pewno zdziwienie – nie wszystko było dla mnie jasne, dlaczego bohaterowie postępowali tak a nie inaczej, czy po prostu autor dobrze zawiązał akcję, ale na jej rozwiązanie nie miał już pomysłu?

Trzeci tom dorównuje brutalnością zdarzeń tomowi drugiemu. O ile pierwszy tom trylogii bez przeszkód mogą czytać dzieci w klasach IV-VI szkoły podstawowej, tak drugi i trzeci zdecydowanie skierowany jest do starszych uczniów. Sama byłam wstrząśnięta niektórymi zdarzeniami i w paru miejscach musiałam książkę odłożyć na bok, bo z powodu wydarzeń aż ciarki chodziły mi po plecach. Książka trzyma w niepewności praktycznie do samego końca.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że droga Manthan do Ojczyzny przypomina drogę Narodu Wybranego do Ziemi Obiecanej. I jedni i drudzy nie mieli łatwo, ale w końcu dotarli do celu swojej wędrówki. I w tej części książki mamy wyraźne przesłanie: trzeba podążać za swoim pragnieniem pomimo niepowodzeń i problemów.